wtorek, 21 sierpnia 2018

Spotkanie na RODOS - 5 Urodziny Warszawskich Genealożek

Nasz urodzinowy tort - tarta z czarną porzeczką od Beaty.

W sobotę 4 sierpnia 2018 roku odbyło się wakacyjne spotkanie grupy Warszawskich Genealożek. Już po raz drugi, dzięki zaproszeniu Grażynki, nasze letnie spotkanie miało miejsce na RODOS*, na zielonej trawie pod koronami starych drzew owocowych, w otoczeniu kwitnących kwiatów. Tym razem dodatkowo świętowałyśmy 5 lat istnienia grupy.

Grupa „Warszawskie Genealożki” powstała z inicjatywy Grażyny Rychlik. Pierwsze rozmowy na ten temat prowadzone były wśród Warszawianek na spotkaniu sympatyków portalu Genpol w marcu 2012 roku. Ostateczne decyzje zostały podjęte jednak dopiero rok później przez "grupę inicjatywną", do której należały: Beata W., Ewa, Grażyna R. Joanna J., Justyna, Olga oraz Basia, która co prawda nie jest Warszawianką, ale często tu przyjeżdża w odwiedziny. Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 20 kwietnia 2013 roku w Cafe Lorenz i spotkały się wówczas: Justyna, Grażyna R., Ewa i Joanna J.. Przez ponad rok spotkania odbywały się w tej kawiarni działającej w gmachu Muzeum Narodowego. Niestety,  lokal ten skrócił godziny swojej działalności, co automatycznie powodowało skrócenie spotkań. Nie spotkało się to z naszym entuzjazmem. Szukając innego miejsca, które czynne byłoby dłużej, trafiłyśmy do kawiarni „Po Prostu Zachęta” w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych przy Pl. Małachowskiego, gdzie czasem spotykamy się i dziś. W tym okresie spotkania odbywały się w piątki, mniej więcej raz w miesiącu.
Od lutego 2015 roku Warszawskie Genealożki brały udział w comiesięcznych warsztatach genealogicznych organizowanych przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Oczywiście nie zawsze w pełnym składzie. Po warsztatach był jeszcze czas na krótkie pogaduchy  przy herbacie, w jednej z okolicznych kawiarni. Nasz udział w warsztatach prawie całkowicie wyeliminował comiesięczne, piątkowe spotkania.
Od jesieni 2015 roku częściej pojawiamy się na spotkaniach Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego. Odmłodzony zarząd WTG skutecznie zadbał o interesujące tematy wykładów. A po wykładach WTG z przyjemnością spotykamy się jeszcze przy herbacie we własnym gronie, czasami zapraszając do nas również kolegów. Tego rodzaju spotkania  koleżanka Małgosia z Kaszub określiła jako „Babeczki z rodzynkami”
Od września 2017 roku, w mniejszym lub większym gronie, bierzemy udział w zajęciach „Genealogia w Ursynotece” organizowanych przez Jacka Okulusa - kierownika Muzeum Ursynoteki, a prowadzonych przez dr Andrzeja Nowika.
Jako grupa uczestniczymy w różnych spotkaniach genealogicznych w Polsce: w jubileuszach towarzystw regionalnych (Gniezno, Wrocław, Łódź, Warszawa), w konferencji w Brzegu, Pikniku Archiwalnym oraz w Nocy Muzeów w Warszawie. Od kilku lat jeździmy grupą mazowiecko-pomorską (gdyż w tych wyprawach uczestniczy też Mariusz Momont z Pomorskiego TG) na urodziny Lubelskich Korzeni, po drodze odwiedzając różne ciekawe miejsca. Organizujemy także wspólne wycieczki poza Warszawę: do archiwów i muzeów oraz śladami naszych przodków. Uczestniczymy w spacerach po warszawskich cmentarzach organizowanych przez tutejszych przewodników. Chętnie też spotykamy się z genealogicznymi znajomymi z innych regionów Polski oraz spoza jej granic, którzy odwiedzają stolicę.
Przez 5 lat istnienia Warszawskich Genealożek, do koleżanek powołujących grupę dołączyły: Łucja, Marysia, Monika, Gosia, Beata K., Asia R., Grażyna P. oraz Dorota.

Jaki charakter ma nasza grupa?
Tu zdania koleżanek są podzielone: część twierdzi, że wyłącznie towarzyski, część, do której i ja należę, że jesteśmy grupą genealogiczną. Co prawda jako grupa nie prowadzimy żadnej zorganizowanej działalności, ale każda z nas jest genealogicznie aktywna.
Blogi o tematyce genealogicznej, historycznej czy regionalnej prowadzą: Dorota, Grażyna R.,  Łucja, Marysia, Monika. Blog fotograficzny prowadzi Beata K.
Do regionalnych towarzystw genealogicznych należą: Asia, Basia, obie Grażyny, Joanna J. i Monika.
Indeksacją ksiąg metrykalnych zajmują się: Grażyna P., obie Beaty i Asia R.
Wykłady na różnego rodzaju spotkaniach genealogicznych prowadziły: Basia, Ewa, Grażyna R., Joanna, Justyna, Marysia i Monika. Justyna promowała poszukiwania genealogiczne w programach telewizyjnych, a ja występowałam w radiu. Książki, opracowania oraz artykuły publikowały Asia, Basia, Beata W., Ewa, Gosia, Grażyna R., Joanna, Justyna i Monika. Gosia jest autorką „Mapy parafii rzymskokatolickich” dostępnej w Internecie, a w latach 2014-2017 współredagowała genealogiczny, internetowy miesięcznik „More Maiorum”. Joanna J. była odpowiedzialna za prace redakcyjne przy tworzeniu jubileuszowego tomu „Querenda 5” Warszawskiego TG. Marysia od kilku lat działa jako wolontariuszka w Ośrodku KARTA i zachęca wszystkich do przekazywania tej instytucji archiwów rodzinnych (są wówczas szerzej dostępne).  Zjazdy rodzinne organizowały Asia, Basia i Joanna. 
I właśnie jako genealogiczna grupa zostałyśmy w tym roku poproszone o współorganizowanie „XV Urodzin Genpolu” w Warszawie.
Owszem, łączą nas przyjacielskie kontakty towarzyskie z nutą kulinarną, ale przede wszystkim połączyło nas zainteresowanie historią naszych przodków. I to tematy genealogiczne dominują na naszych spotkaniach. Jesteśmy też dla siebie wsparciem w trudnych, życiowych sytuacjach, które nas nie omijają.


Tegoroczne, letnie spotkanie na RODOS odbywało się w tropikalnych wręcz temperaturach. Upały trwały od wielu dni, w południe było niemożliwie gorąco. A my właśnie w  samo południe, w cieniu starych drzew owocowych, rozstawiłyśmy lekki pawilon, który ocieniał stół i stojące wokół niego fotele.  Dodatkowo dziewczyny zawiesiły na drążkach pawilonu prześcieradła, żeby słońce nie świeciło nam w oczy. 

Początek spotkania, jeszcze są wolne miejsca na stole :-)
Na dużym stole Grażynka położyła błękitny obrus, a na nim ustawiłyśmy przyniesione ciasteczka, orzeszki, wafelki,  tartę z czarną porzeczką, która była naszym tortem urodzinowym, ciasto z jabłkami – dzieło Grażynki, owoce: śliwki, morele i nektarynki, a także żółte, czerwone i czarne pomidory prosto z grządki Asi, czerwoną i żółtą paprykę, gotowany bób od Joanny oraz słój małosolnych ogórków mojej produkcji. Były też różne  napoje, nalewka i piwo domowego wyrobu od Doroty oraz butelka Prosecco, którą dostałyśmy na Genpolu od Tomka Nitscha z podziękowaniem za pomoc przy organizacji Urodzin Genpolu. Ewa przyniosła papierowe talerzyki w koty oraz sałatkę owocową z arbuzem, a Marysia dzieła swojej wegetariańskiej kuchni: jeszcze gorącą pizzę z kalafiora i świeżo upieczone krakersy z ziarenkami słonecznika. Super chrupiące były!


Pizza z kalafiora - dzieło Marysi.
W rogu zdjęcia widać fragment talerzyka z sympatycznym kotem.
Wszystko odbywało się zgodnie z zasadą: :”Siedzą i jedzą”. 
Oczywiście żartuję!
Warszawskie Genealożki na RODOS - Fot. Beata K.
Czas spotkania przede wszystkim wypełniały rozmowy. Tematów nam nie brakuje, zawsze ciekawe jest dowiedzieć się, gdzie która była, w jakim archiwum, bibliotece czy na cmentarzu, a przy okazji co się której przydarzyło. Co udało się odnaleźć: jakie dokumenty i informacje, a który z przodków nadal się ukrywa. Gdzie jeszcze warto by poszukać, w jakie miejsce zapukać. Jakie są plany na sierpień: wakacyjne czy archiwalne i co planujemy na jesień. Ciekawe, ale tym razem Beata nie przypomniała o realizacji naszych noworocznych, genealogicznych postanowień. Rozmawiałyśmy też o tym, kto się wybiera następnego dnia do Pułtuska na uroczystość wręczenia medalu PTG i jak tam dojedziemy. Omawiałyśmy również organizację wyjazdu na wrześniową Konferencję do Brzegu, bo najprzyjemniej podróżuje się razem. A poza tym podziwiałyśmy kapelusz Joanny, z niezwykle szerokim rondem. Przymierzałyśmy go wszystkie po kolei, a na koniec Beata zrobiła nam kapeluszową sesję zdjęciową.

Fot. Beata K.
Fot. Beata K.
 Było nas na RODOS dziesięć: Asia, Beata K, Dorota, Ewa, Gosia, Grażyna P, Joanna, Łucja, Marysia i ja. Wczesnym popołudniem zdecydowałyśmy, że najwyższy czas wznieść toast za wszystkie nasze spotkania przeszłe i przyszłe. Ustawiłyśmy świeczkę „Piątkę” na torcie chcąc ją zapalić, ale okazało się, że knot był mikroskopijny i odmówił współpracy. Zupełnie nam to nie przeszkodziło, toast spełniłyśmy, a tort z czarną porzeczką zniknął w błyskawicznym tempie.








Upał nie zelżał ani na chwilę, na niebie chmurek było niewiele, ale w miarę upływu czasu słońce przesuwało się i przeświecało przez gałęzie drzew owocowych już z innej strony. Nad głowami miałyśmy gałęzie śliwy, tuż obok rosła jabłonka, pod nią na trawie leżały dojrzałe jabłuszka. Wzdłuż ścieżki rosły pięknie teraz kwitnące floksy, a po ogrodzeniu pięły się z jednej strony jeżyny bezkolcowe, a z drugiej – winorośl.




Pnącza skutecznie chroniły nas przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów, ale nie zatrzymywały ich głosów (nas zapewne też było słychać). Tymczasem na kolejnej działce, słabo widoczny poprzez jeżyny, ustawiony był sporej wielkości basen. Toteż naszym rozmowom przez dłuższy czas towarzyszył plusk wody oraz chlupot godny solidnego hipopotama, a nawet dwóch. Trzeba przyznać, że trochę zazdrościłyśmy sąsiadom możliwości ochłodzenia się w wodzie. Dzięki Grażynce, która jak tylko przyszła na działkę, ustawiła i napełniła dziecięcy basenik, mogłyśmy chociaż nogi zamoczyć i stałyśmy tam sobie we trzy chłodząc się i tylko troszkę chlupocząc.




Jak to zwykle bywa, w miłym towarzystwie czas upływa szybko. Nie wiadomo kiedy minęło popołudnie i trzeba było kończyć nasze spotkanie. Tym bardziej, że słońce chowało się już za dachami pobliskich domów. Pozbierałyśmy, posprzątałyśmy, poskładałyśmy i pochowałyśmy wszystko co trzeba było. Domek i furtka zostały zamknięte, a my pewnie za rok spotkamy się tu znów letnią porą.


Letnią porą na RODOS - Fot. Asia R.

*RODOS - Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką :-) 

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zamość Archiwalnie

Rynek Wielki w Zamościu
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Zamość to miasto rodzinne mojego ojca – Ryszarda Bayera. Tu się urodził, tu uczył, stąd powędrował na dalszą naukę najpierw do Lublina, a później do Warszawy. Jego ojciec, a mój dziadek ojczysty Ludwik Bayer, zamieszkał tu w latach Wielkiej Wojny. Nie chcę uprzedzać kolejnych odcinków rodzinnej sagi, dlatego nie będę się dziś rozpisywała o historii rodziny. Mam po prostu świadomość, że losy rodziny, która związana była przez dziesięciolecia z Zamościem, muszą mieć swoje odzwierciedlenie w zamojskich archiwaliach. I już dawno powinnam była przyjechać do Archiwum Państwowego w Zamościu, aby prowadzić tu poszukiwania dotyczące rodzin Bayerów i Kołtuniaków.
Moją pierwszą wizytę w zamojskim archiwum planowałam poświęcić odnalezieniu dokumentów dotyczących przede wszystkim jednej osoby – najstarszego, przyrodniego brata mojego ojca – Stanisława Bayera. Chciałam ustalić kiedy dokładnie przyjechał do Zamościa ze Lwowa (gdzie mieszkał od urodzenia), znaleźć zapisy dotyczące jego nauki w Gimnazjum Męskim w Zamościu oraz sprawdzić okres jego pracy w Urzędzie Gminy Komarów-Osada. Przed przyjazdem do Zamościa zadzwoniłam do archiwum i ustaliłam jakie zespoły archiwalne chciałabym przejrzeć.
Dzień 1 - Środa 11 kwiecień
Nie należę do osób, które lubią wcześnie wstawać, toteż pobudka o godzinie 5.15 nie nastroiła  mnie optymistycznie. Na szczęście w busie zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się dopiero, kiedy bus po ponad 2-godzinnej podróży, zatrzymał się na leśnym parkingu na 10-minutowy postój. Krótki spacer i po chwili dalsza podróż. Do Zamościa dojechałam po godzinie 11 i prosto z dworca PKS powędrowałam ze wszystkimi bagażami na ulicę Hrubieszowską do archiwum. Wypełniłam konieczne formularze i zaczęłam poszukiwania od rejestrów mieszkańców. Na początek ten z 1930 roku, do którego skorowidze  nazwisk spisane są w kilku tomach. W tomie pierwszym „A-E” odnajduję Ludwika Bayera z informacją, że powinnam zajrzeć do Tomu XIII, na stronę 131.
Tom XIII Rejestru Mieszkańców Miasta Zamościa
AP Zamość AMZ Sygnat. 72
Tom XIII zawiera zapisy dotyczące mieszkańców ulicy Listopadowej w Zamościu. Niestety, w przypadku Ludwika Bayera urzędnik wypełniający księgę, nie był skrupulatny i nie wypełnił dokładnie wszystkich rubryk. Zadowolił się wpisaniem tylko roku zamieszkania na terenie gminy oraz podaniem numeru „Księgi kontroli ruchu ludności”, w której zapewne zapisano bliższe informacje, ale księgi te nie zachowały się. Niespodzianką natomiast jest kolejna strona w Tomie XIII. Zapisano na niej lokatorów mieszkania Nr 2 tego samego domu – Kazimierza Kołtuniaka, brata babci Bayerowej, wraz z całą rodziną. Mam tu wszystkie jego dane, datę ślubu, dane żony, daty urodzeń dzieci.
Następnie sięgam do skorowidza Ksiąg Ludności Stałej z 1912 roku. Są trzy egzemplarze, zawartość każdego nieco się różni od pozostałych. Pierwszy ma tytuły rubryk i treść pisane w języku rosyjskim oraz pojedyncze uwagi wpisane po polsku. Drugi – również ma tytuły rubryk oraz treść pisane w języku rosyjskim, ale uwag zapisanych w języku polskim jest zdecydowanie więcej i odnoszą się do wydarzeń nawet z początku lat 20-tych XX wieku. Trzeci skorowidz, również datowany na rok 1912 jest całkowicie w języku polskim (tytuły rubryk oraz wpisy). We wszystkich zrobiłam zdjęcia zapisów dotyczących Kołtuniaków (rodzina babci Bayerowej) oraz Dybków (czwartej żony mojego dziadka). To na przyszłość, tego dnia nie zamawiałam KLSów sprzed Wielkiej Wojny. Zamówiłam za to Domową Książkę Meldunkową dotyczącą domu mojej babci przy ulicy Listopadowej. Jedyna, która jest dostępna w AP, obejmuje lata 1943-1950 i niewiele z niej dla mnie wynika. Bardziej przydałaby się wcześniejsza, ale cóż, nie zachowała się.
Czas nieubłaganie mijał, a pierwszego dnia  planowałam wyjść wcześniej z archiwum. Chciałam zdążyć jeszcze tego samego dnia obejrzeć wystawę „Lwów w grafice” w  Muzeum Zamojskim, która zgodnie z informacją na stronie internetowej muzeum, miała zakończyć się następnego dnia – w czwartek. Do wyjścia zostało mi pół godziny, poprosiłam więc już tylko o inwentarz do Zespołu Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam zobaczyć, jakie dokumenty dotyczące  dawnego Gimnazjum Męskiego w Zamościu zachowały się z lat 1916-1929 i przygotować rewersy na następny dzień pracy w archiwum.
Z archiwum powędrowałam przez pół Zamościa na Rynek Wielki, gdzie w zabytkowych kamieniczkach znajduje się Muzeum Zamojskie. Wystawa „Lwów w grafice XVII-XX wieku ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie” mieściła się w trzech salach na pierwszym piętrze. Cudna!!! Widoki Lwowa z różnych lat i różnych rysowników. Dużo grafik Karola Auera, dwa wykonane wg rysunków Macieja Bogusz Stęczyńskiego. Zachwyca mnie litografia Teodora Klementa wykonana wg rysunku Aleksandra Titza, a przedstawiająca Lwów zimą ok. 1852 roku. Jest oprawiony oryginał, ale też powiększona kopia zajmująca prawie całą ścianę. Myślę sobie, że świetnie wyglądałaby jako tapeta na ścianie w moim pokoiku.
"Lwów zimą" - Kopia litografii Teodora Klementa ok. 1857
wyk. wg rysunku Aleksandra Titza z ok. 1852
Oryginał ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie
Szukam widoków z połowy XIX wieku, kiedy to moi Bayerowie przybyli do Lwowa oraz takich, które przedstawiają te fragmenty miasta, z którymi byli związani. Piękna wystawa! Aż żal wychodzić! Pewnie dlatego pytam się pań w kasie czy przypadkiem wystawa nie będzie przedłużona do weekendu i okazuje się, że tak, można będzie ją oglądać jeszcze do niedzieli. Pytam o materiały związane z wystawą, może są katalogi albo reprodukcje. W efekcie otrzymuję do ręki słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie odzywa się do mnie wicedyrektor muzeum pan dr Piotr Kondraciuk. Okazało się, że katalog do wystawy został przygotowany przez stronę ukraińską i był bardzo drogi (50 zł), w związku z czym Muzeum Zamojskie nie zdecydowało się na rozprowadzanie go. Mogę za to dostać na pamiątkę ozdobne zaproszenie na wernisaż wystawy oraz plakat towarzyszący wystawie – bardzo chętnie przyjmę i dziękuję serdecznie. Umawiam się z panią w kasie, że przyjdę odebrać materiały w piątek po południu. Wstąpiłam jeszcze do Informacji Turystycznej mieszczącej się w przyziemiu Ratusza, gdzie zawsze są ciekawe materiały o regionie i w końcu pomaszerowałam w kierunku Domu Studenta, gdzie zarezerwowałam noclegi, po drodze zatrzymując się już tylko w barze „Asia”.
W hotelu studenckim z ulgą zdejmuję z ramion plecak z laptopem, zostawiam wszystkie rzeczy i po krótkim odpoczynku wędruję jeszcze na zamojski cmentarz, odwiedzić grób moich dziadków Weroniki z Kołtuniaków i Ludwika Bayerów. Pogoda jest piękna, cały czas świeci słońce, toteż spaceruję dłuższy czas po cmentarzu. Odnajduję też grób Anieli Bayer, czwartej żony mojego dziadka, gdzie pochowane jest również rodzeństwo mojego taty: Helusia i Henio zmarli w niemowlęctwie. Za to w żaden sposób nie mogę znaleźć grobu Pawła Kołtuniaka, mojego pradziada. Skręcam po kolei we wszystkie alejki po prawej stronie od głównej alei i nigdzie go nie ma. Dopiero po powrocie do hoteliku, kiedy sprawdziłam grób w wyszukiwarce cmentarza okazało się, że coś mi się pomyliło i powinnam była skręcić w alejkę po lewej stronie. Trudno, tym razem już nie zdążę ponownie tam pójść.
Dzień 2 - Czwartek 12 kwiecień 
Na warsztat wzięłam Zespół Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam udokumentować okres nauki Stanisława Bayera w tym Gimnazjum. W pierwszej kolejności przeglądałam Katalogi główne gimnazjum, w których znajdują się informacje o wszystkich uczniach z danego roku szkolnego. 


 Każda strona katalogu poświęcona jest jednemu uczniowi. Oprócz imienia, nazwiska, daty i miejsca urodzenia, podane są tu też: imię i zawód ojca ucznia, miejsce zamieszkania ucznia w czasie uczęszczania do gimnazjum oraz stopnie wystawione na I i II półrocze. Zdarzają się też różne, ciekawe uwagi. Zaczęłam od katalogu z roku szkolnego 1916/17, pierwszego roku istnienia tego gimnazjum. Do rocznika 1922/23 przeglądałam skrupulatnie strona po stronie, a kolejne sześć roczników już tylko konkretne klasy, gdzie spodziewałam się znaleźć informacje o drugim bracie mojego taty – Kazimierzu Bayerze. Czasem trafiło się jakieś znajome nazwisko, czasem zwróciła uwagę miejscowość urodzenia. W roku szkolnym 1920/21 wzruszają liczne adnotacje o wzięciu udziału w walkach w obronie ojczyzny. O ile w pierwszych latach funkcjonowania gimnazjum uczniowie w większości pochodzili z Zamościa i okolic, to od roku szkolnego 1920/21 pojawiają się uczniowie urodzeni w zupełnie innych regionach Polski. Ich ojcowie to urzędnicy i kolejarze, skierowani do Zamościa do pracy.
W sumie przejrzałam 13 katalogów głównych, każdy kolejny coraz obszerniejszy, ponieważ gimnazjum się rozrastało, przybywało uczniów i klas. Udało mi się ustalić dokładnie w jakich latach Stanisław Bayer uczęszczał do Gimnazjum w Zamościu. 
Uzyskałam poza tym kilka dodatkowych informacji: o adresach zamieszkania Bayerów w Zamościu oraz o stanowiskach, na których pracował mój dziadek Ludwik Bayer w zamojskim Urzędzie Skarbowym. Swoją drogą, to biedny ten mój dziadek był. Synowie nie byli pilnymi uczniami, stopnie mieli słabe, powtarzali klasy, by w końcu całkiem zniknąć z ewidencji uczniów: Stanisław po V, a Kazimierz po IV klasie gimnazjum. 
Katalog główny 1917/18 Gimnazjum Męskiego im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu
Wpis dotyczący Stanisława Bayera, ucznia klasy II
AP Zamość, Zesp. 201, Sygnat. 75
Dodatkowo zamówiłam „Protokoły Rady Pedagogicznej GM z lat 1920-1923”, ale dziś są niedostępne. Może dostanę je następnego dnia. Przejrzałam za to „Dokumenty uczniów – świadectwa szkolne 1917-1926”, ale nie było tu nic dotyczącego Bayerów.
Sprawdziłam jeszcze w Inwentarzu Książek Meldunkowych czy zachowały się te dotyczące świeżo odnalezionych, zamojskich adresów Bayerów, ale i tu nie mam szczęścia. Nie zachowały się żadne Książki meldunkowe dotyczące domów o adresach Lwowska 3 i Świętojańska 10, gdzie dziadek Ludwik mieszkał z rodziną do połowy lat 20-tych XX wieku. Tego dnia wyszłam z archiwum na pół godziny przed zamknięciem, ponieważ na popołudnie zaplanowałam wycieczkę do Komarowa-Osady, gdzie na miejscowym cmentarzu parafialnym pochowany jest Stanisław Bayer. 
Wsiadłam do busa jadącego do Tyszowiec, upewniając się czy na pewno jedzie przez Komarów i zapytałam jeszcze o kursy powrotne. Jest ich jeszcze kilka dziś, spokojnie powinnam zdążyć wszystko załatwić. W Komarowie wysiadłam na ryneczku, z którego widać już było wieże kościoła położonego powyżej na stoku wzgórza. Tak jak się umówiłam przed wyjazdem do Zamościa, dzwonię do proboszcza księdza dr. Franciszka Nieckarza, że już jestem. Dosłownie po chwili ksiądz pojawia się i prowadzi mnie na cmentarz. Trafiłam na wyjątkowo życzliwego proboszcza. Już w rozmowie telefonicznej przekazał mi kilka informacji, a teraz osobiście wskazuje mi drogę do grobu Bayerów. Chwilę rozmawiamy o Stanisławie, o parafii i kościele, po czym zostaję przy grobie sama. Nigdy nie było mi dane poznać tego najstarszego, przyrodniego brata mojego taty. Miałam zaledwie kilka lat kiedy zmarł, a rodziny nie utrzymywały później kontaktu. Po chwili zadumy nad losami rodzeństwa taty, które po II Wojnie Światowej rozjechało się po całej Polsce, wędruję po cmentarzu. Położony jest na zboczu wzgórza, wyniesionego wysoko ponad otaczający je teren. Widoki są niesamowite, tym bardziej, że liście jeszcze się nie rozwinęły i nic nie zasłania okolicy. Od południa widać pasmo wzgórz, wąwozy głęboko wcinające się w zbocza, porośnięte kwitnącą tarniną i brzozami nieśmiało jeszcze zieleniejącymi. W dolince niewielki strumyk, całe połacie zielonych ozimin, gdzieniegdzie świeżo zabronowane pola, a gdzieś w oddali traktor przemieszczający się między miedzami. Uroku krajobrazowi dodaje drewniany dom o malowanych na biało oknach oraz jasna, gruntowa droga prowadząca z dolinki przez zbocze, hen gdzieś daleko, daleko poza horyzont.
Komarów-Osada - widok z cmentarza parafialnego na południe.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Na cmentarzu moją uwagę zwraca pomnik poświęcony „Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku”, a na nim 31 nazwisk poległych żołnierzy. Wśród nich jedno znajome – szwoleżer Hykel Konrad (właśc. Konrad Mieczysław Hykiel), brat dziadka kolegi-genealoga Jurka Hykiela.
Komarów-Osada - Pomnik "Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku"
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Fantastyczną opowieść o dziejach rodziny Hykielów autorstwa p. Teresy Krzyżanowskiej kuzynki Jerzego, można przeczytać na łamach „Spotkań na Wschodzie” TUTAJ
Wychodzę z cmentarza górną bramą, wdrapuję się na wysokie pobocze drogi, skąd mam rozległy widok na północ oraz północny-zachód w kierunku Zamościa. Zabudowań Zamościa nie widać, horyzont jest zbyt zamglony, ale i tak widok jest fantastyczny na rozległą równinę, usianą zabudowaniami wiosek. Dopiero tu tak naprawdę widać, jak wysoko położony jest Komarów wraz z kościołem i cmentarzem.
Komarów-Osada - widok z komarowskiego wzgórza na północ.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Już po powrocie do hotelu przeczytałam, że osada położona jest na styku trzech krain geograficznych: Grzędy Sokalskiej, Padołu Zamojskiego i Kotliny Hrubieszowskiej. No faktycznie, wyniosłość tej Grzędy dało się odczuć.
Czasu miałam mało, a przyszło mi do głowy, żeby zrobić jeszcze zdjęcie kościoła z pewnego oddalenia. Wróciłam do centrum osady, a następnie powędrowałam boczną drogą, tak aby oddalić się trochę od miejscowości. Niestety, wzdłuż drogi cały czas ciągnęły się zabudowania. Musiałabym odejść naprawdę daleko, żeby ująć w kadr  kościół wraz ze wzgórzem, bez domostw na pierwszym planie. Zrobiłam kilka zdjęć ponad dachami budynków i szybkim krokiem wracałam na ryneczek. W samą porę, gdyż bus do Zamościa właśnie nadjeżdżał. Kiedy wysiadłam w  Zamościu, była już prawie godzina 18.00. Zastanawiałam się czy znajdę czynny jeszcze o tej porze jakiś bar, kiedy tuż przy kościele św. Krzyża na Nowej Osadzie, natknęłam się na otwarty „Kebab”. Najwyraźniej dziadkowie Bayerowie czuwali nad swoją wnuczką, co by głodna spać nie poszła. 

Dzień 3 – Piątek i to 13 dzień miesiąca
Na ten dzień zaplanowałam przeglądanie akt Gminy Komarów-Osada. Z opowieści taty wynikało, że Stanisław Bayer po II Wojnie Światowej pracował jako sekretarz Urzędu Gminy w Komarowie. Przejrzałam inwentarz do Zespołu i wybrałam te sygnatury, których zakres dat dotyczył lat 1944-1954. Najpierw jednak dostałam zamówione w czwartek „Protokoły Rady Pedagogicznej Gimnazjum Męskiego w Zamościu” z lat 1920-1923. Niestety, w protokołach nie było żadnych informacji o uczniach, poza wiadomościami statystycznymi. Być może poszukiwane przeze mnie informacje zawarte były w sprawozdaniach wychowawców poszczególnych klas, które jak wynika z protokołów, były odczytywane na posiedzeniach Rady Pedagogicznej, ale te nie zachowały się. 
W końcu przychodzi czas na akta Gminy Komarów. Jednak przed ich otrzymaniem muszę podpisać dodatkowe oświadczenie dotyczące korzystania z tych materiałów i późniejszego ich opracowywania (występują tu wrażliwe dane osobowe). Przeglądam wykazy osób posiadających gospodarstwa rolne, różnego rodzaju dokumenty dotyczące ewidencji i kontroli ruchu ludności, wykazy pracowników Gminnej Rady Narodowej w Komarowie-Osadzie, a nawet protokoły posiedzeń tej Rady. Z dokumentów tych wynika, że sekretarzem Gminy był najpierw, od września 1945 roku, Tadeusz Gałęzowski, a od 30 grudnia 1947 roku Karol Kudyba. Jest nawet lista pracowników GRN, jednak mojego Stanisława tam nie ma. Bayerów znalazłam dopiero na listach uprawnionych do głosowania w wyborach do GRN w 1954 roku i jest to jedyny dokument potwierdzający ich obecność w Komarowie. 
AP Zamość - Akta Gminy Komarów-Osada Sygnat.99
Ponieważ na listach wyborców zapisano, że mieszkali w Komarowie Dolnym, zamówiłam dodatkowo wykaz właścicieli gospodarstw rolnych tej części Komarowa. Niestety, nie było tam ani Bayerów, ani Wojasów (rodziny żony Stanisława). A czas pracy w archiwum dobiegł końca i nie mogłam zamówić już żadnych kolejnych materiałów. Trzeba będzie zaplanować kolejny przyjazd do Zamościa, żeby kontynuować poszukiwania.
Po wyjściu z archiwum, po raz kolejny przemaszerowałam przez pół miasta, w Muzeum Zamojskim odebrałam obiecane materiały i zapytałam tym razem o bibliotekę muzealną. A nuż widelec będzie czynna w sobotę. W efekcie otrzymałam słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie przemiła bibliotekarka Pani Magdalena Proć-Czochra poprosiła o przedstawienie w mailu tego, czego szukam, ponieważ muzealna biblioteka czynna jest od środy do piątku do godziny 15.30. Niestety, godziny pracy te same, co w archiwum. 
Z muzeum powędrowałam jeszcze dalej, na Lubelskie Przedmieście, gdzie w budynku dawnych rosyjskich koszar znajduje się Książnica Zamojska. Zawędrowałam tu w nadziei na możliwość przeglądania archiwalnych numerów miejscowych gazet z 1918 roku. Dostałam do zapoznania się jedynie kopie Kroniki Powiatu Zamojskiego, gdzie na temat interesującego mnie wydarzenia znalazłam tylko niewielki artykuł. Ruskie pierogi w barze oraz wieczorny spacer po zamojskiej Starówce zakończyły ten pracowity dzień.
Dzień 4 – Sobota 14 kwiecień
Śpię o godzinę dłużej, ponieważ nie muszę biec na 8.00 rano do archiwum. Kiedy pojawiam się przy recepcji hotelu, pani administratorka gorąco przeprasza mnie za poranne hałasy, ale musieli wywieźć pojemniki z podwórza oraz ustawić kontener. Jakie hałasy? Jakie pojemniki? Nie słyszałam kompletnie nic, spałam kamiennym snem, z trudem obudził mnie budzik nastawiony w telefonie.

Na miły początek dnia idę ponownie do Muzeum Zamojskiego, na pożegnanie obejrzeć jeszcze raz wystawę „Lwów w grafice”. Później krążę po uliczkach Starego Miasta, gdzie moją uwagę zwracają najprzeróżniejsze szyldy. Jakie ładne i pomysłowe! 
Zamość - Stare Miasto
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Mam nadzieję na zwiedzenie też Muzeum Fotografii, które powinno być czynne od 10.00. Jednak nic z tego, drzwi są zamknięte tak jak w poprzednich dniach. Przed kolejną wizytą w Zamościu będę musiała zadzwonić na podany na reklamie muzeum nr telefonu i umówić się na zwiedzanie.
Wracam do hoteliku, zabieram wszystkie swoje bagaże i wędruję do kawiarni „Verso” na spotkanie Genealogów Zamojszczyzny. Przychodzę tak zmachana, że dobrą chwilę muszę się wysapać, zanim się przedstawię. A później opowieści, opowieści, opowieści … Grupa niewielka, zaledwie cztery osoby, ale jak zawsze towarzystwo genealogów jest sympatyczne i  jest to miło spędzony czas.
Nieubłaganie jednak przychodzi godzina odjazdu busa do Warszawy. Musiałam pożegnać się z genealogami, z Zamościem i wrócić do Warszawy, ale ze świadomością, że na pewno jeszcze niejednokrotnie przyjadę do zamojskiego archiwum.

Zaproszenie na Wernisaż wystawy "Lwów w grafice XVII-XX wieku
ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie”,
które otrzymałam na pamiątkę w Muzeum Zamojskim w Zamościu
Wykaz przodków i powinowatych występujących w tekście:
Bayer Ryszard – mój ojciec (syn z piątego małżeństwa Ludwika)
Bayer Ludwik – mój dziadek ojczysty
Bayer Weronika z domu Kołtuniak – moja babcia ojczysta (piąta żona Ludwika)
Bayer Aniela z domu Dybka – czwarta żona Ludwika
Bayer Stanisław – syn Ludwika (z drugiego małżeństwa)
Bayer Kazimierz – syn Ludwika (z trzeciego małżeństwa)
Bayer Helena (Helusia) – córka Ludwika (z piątego małżeństwa)
Bayer Henryk (Henio) – syn Ludwika (z piątego małżeństwa)
Kołtuniak Paweł – mój pradziad, ojciec Weroniki Bayerowej
Kołtuniak Kazimierz – syn Pawła, brat babci Weroniki Bayerowej


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanoc A.D. 1918



Poniedziałek Wielkanocny 2018
Korzystając z wolnego dnia, pełnej lodówki (obiadu dla rodziny nie trzeba szykować) oraz nie sprzyjającej pieszym wycieczkom pogody, po raz kolejny i z przyjemnością zajrzałam do albumu mojego dziadka Ludwika Bayera. Dziś szukałam w nim wielkanocnych pocztówek sprzed równo 100 lat.

Wielkanoc 1918 roku przypadała w niedzielę 31 marca, a Poniedziałek Wielkanocny 1 kwietnia, prawie tak samo jak w bieżącym roku. Dziadek Ludwik w tamtym czasie mieszkał już w Zamościu, dokąd został służbowo przeniesiony w połowie 1916 roku. Przed wojną był urzędnikiem skarbowym we Lwowie i to wykorzystały austriackie władze wojskowe. Po zwolnieniu go ze służby frontowej w Karyntii, dziadek otrzymał polecenie udania się do Zamościa i podjęcia pracy w Wydziale Finansowym przy CK. Komendzie Obwodowej w Zamościu (późniejszy Urząd Skarbowy). Do Zamościa więc rodzina i znajomi słali świąteczne życzenia


Od siostrzenic: Marii i Jadwigi Dostalówien ze Lwowa
Maria i Jadwiga Dostal były córkami siostry Ludwika - Heleny Bayer z jej pierwszego małżeństwa z  Wiktorem Dostalem.


Od Kamili Wróblewskiej

W albumie jest kilka pocztówek od Kamili Wróblewskiej. Na niektórych podpisała się jako "Ciotka Kamila". Jakie to było pokrewieństwo, nie udało mi się jeszcze odkryć.








Od rodziny Bieleckich ze Szczebrzeszyna.
Rodzina Bieleckich była spokrewniona z żoną dziadka - Anielą z Dybków.


Od rodziny Medalów ze Lwowa
Od kolegi Edka.

Kartka z życzeniami od kolegi dziadka - Edka. Ręcznie zrobiona , z zasuszonymi szarotkami. Musiała być przysłana w kopercie, niestety koperta nie zachowała się i nie wiem skąd została wysłana. 

Od znajomych Polaków z Seebach w Karyntii.
Na kartce przysłanej z Seebach widnieje reprodukcja obrazu "Wypędzona".

A to rewers pierwszej kartki, pokazanej tu przeze mnie, która przywędrowała do Zamościa z Radomia
Od rodziny Falkowskich z Radomia
Sądząc po stemplu na tej świątecznej kartce, została przysłana przez dawnego znajomego ze Lwowa, również urzędnika finansowego, czasowo oddelegowanego do pracy w Radomiu.

I tak mijała Wielkanoc 1918 roku, a znajomi dziadka Ludwika, przebywając z dala od Lwowa, zastanawiali się, kiedy wreszcie zakończy się wojna i kiedy będą mogli wrócić do rodzinnego miasta.

środa, 28 marca 2018

Poraż k/Sanoka i Wawrzyniec Paszkiewicz

Widok na Poraż od północnego wschodu, ze zbocza Księżej Góry.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - lipiec 2017

Mój tekst o Porażu zaczęłam pisać blisko półtora miesiąca temu. Kiedy był już prawie ukończony, wpadło mi do głowy, że powinnam sprawdzić jeszcze w katalogu Biblioteki Narodowej, co znajduje się w ich księgozbiorze nt. tej miejscowości, tak dla spokoju sumienia. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że są trzy publikacje dotyczące Poraża: znana mi już wcześniej monografia „Poraż: zarys monograficzny” Elżbiety Kokoszki, nauczycielki historii w poraskiej szkole, ale także  „Dzieje i czasy współczesne Poraża” Edwarda Bańczaka oraz „Dziedzictwo kulturowe Poraża” wydane w 2003 roku przez Stowarzyszenie Promocji Kultury i Tradycji "Nasz Poraż". Po pobieżnym zapoznaniu się z publikacjami w bibliotece doszłam do wniosku, że materiały tam zawarte są na tyle interesujące, iż warto rozszerzyć mój tekst i podzielić go na dwie części - czyli praktycznie opracować go na nowo. Jak słusznie zauważyła koleżanka Małgosia Blewąska, problemem bywa również nadmiar źródeł do wykorzystania. Tymczasem czas mi się skurczył, gdyż nadszedł termin lutowego spotkania TGCP w Łodzi i mój dwudniowy tam pobyt. A po powrocie z Łodzi nastąpiły przygotowania do ogólnopolskiego spotkania genealogów w Warszawie czyli „XV Urodzin Genpolu”, które odbyło się w sobotę 3 marca. Po spotkaniu zmogła mnie grypa, wyłączając na ponad dwa tygodnie z jakiejkolwiek działalności. O wyjściu do biblioteki nie miałam co marzyć. Dopiero w ostatnich dniach nadrabiałam zaległości w czytaniu i pisaniu.
Widok na Poraż od południa.
Na horyzoncie widoczne wzniesienie Księżej Góry, otaczające Poraż od północy.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - lipiec 2017
Poraż to niewielka miejscowość położona na Pogórzu Bukowskim, w dolinie potoku - dopływu Osławy. Administracyjnie należy do gminy Zagórz, powiatu sanockiego w woj. podkarpackim. Wzmiankowana była już w XIV wieku, a na przestrzeni lat należała do rodów Tarnawskich, Kmitów, Stadnickich, Łempickich oraz Krasickich. Parafia w Porażu istniała od połowy XV wieku, a obecny kościół, wybudowany w 1783 roku, jest najprawdopodobniej trzecią świątynią istniejącą w tym miejscu. Pierwsze dwa kościoły były drewniane: najstarszy wzmiankowany w archiwalnych dokumentach był pw. św. Doroty, kolejny pw. św. Trójcy - ufundowany został w 1530 roku przez Krzysztofa Tarnawskiego. W XVII wieku patronem kościoła był św. Bartłomiej. Tutejsza parafia obejmowała wówczas swym zasięgiem szereg okolicznych wsi: Czaszyn, Brzozowiec, Łukowe, Tarnawę Górną i Dolną, Morochów, Olchowę, Zawadkę, posiadała też kaplicę filialną w Zagórzu, gdzie odrębna parafia rzymsko-katolicka powstała dopiero w 1750 roku. Współcześnie do parafii, oprócz Poraża,  należą już tylko Morochów i Mokre. Obecny murowany kościół w Porażu pw. MB Gromnicznej został oddany do użytku w 1783 roku, a konsekrowany 70 lat później w roku 1853 przez biskupa Ksawerego Wierzchlewskiego. 

Kościół pw. MB Gromnicznej w Porażu
Fot. Monika Bayer-Smykowska - lipiec 2017

Jednonawowa, barokowa świątynia położona jest na zboczu wzgórza, od południa otaczającego miejscowość. Charakteryzuje ją dość skromna bryła oraz dwuspadowy dach zwieńczony wysoką sygnaturką. Dach pierwotnie kryty był gontem, który w 1901 roku zmieniono na ocynkowaną blachę. Moim zdaniem przez tę zmianę świątynia straciła na wyglądzie. We wnętrzu zwracają uwagę malowidła ornamentowe autorstwa Macieja Kuczyńskiego z Krakowa wykonane w 1954 r, które przykryły wiekową polichromię, zniszczoną przez czas. Jest tu też drewniana ambona w stylu późnobarokowym zdobiona rokokowymi ornamentami z końca XVIII wieku oraz równie wiekowa kamienna chrzcielnica, częściowo wmurowana w ścianę prezbiterium. W ołtarzu głównym znajdują się drewniane figury świętych Piotra i Pawła z 1777 roku. 

Nawa i prezbiterium kościoła w Porażu.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - lipiec 2017
Przed kościołem od strony północnej znajduje się murowana dzwonnica na trzy dzwony, wybudowana w tym samym czasie co kościół. Znajdujące się tu dzwony: Maria, Edward i Anna, zostały ufundowane przez parafian w 1969 roku, a wykonane przez firmę Jana Felczyńskiego z Przemyśla. Z zabytkowych XVIII-wiecznych dzwonów pozostał tylko dzwonek-sygnaturka z 1739 roku, pozostałe zostały zrabowane w okresie okupacji hitlerowskiej.
W archiwum parafialnym przechowywane są księgi metrykalne od 1787 roku, jest też kilka innych ciekawych dokumentów m.in. dokument konsekracji kościoła z 1853 roku, a także kronika parafialna. Po wschodniej stronie kościoła na zboczu wzgórza, znajduje się dawny cmentarz z kilkunastoma, starymi nagrobkami z początku XX wieku.
Zdjęcia kościoła i starego cmentarza w Porażu można obejrzeć w moim albumie - PORAŻ
Stary cmentarz w Porażu.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - lipiec 2017
Jak to zwykle bywa wśród genealogicznej braci, jednego dnia ja komuś pomogę, innego - ktoś pomoże mnie. Tak też było z uzyskaniem przeze mnie dostępu do ksiąg metrykalnych z parafii w Porażu. Krysia, której pomagałam, skontaktowała mnie najpierw z Olą z Wrocławia, a ona z p. Elą, która miała rodzinne związki z Sanokiem. Pani Ela potrzebowała pomocy z przeglądaniem mikrofilmów u Mormonów, czego mogłam się podjąć mieszkając w Warszawie, a w ramach rewanżu zaoferowała wyprawę do kancelarii parafialnej w Porażu. Dzięki pomocy p. Eli dostałam do swojego prywatnego użytku zdjęcia poraskich ksiąg metrykalnych z interesujących mnie lat. Pani Elu, gdziekolwiek Pani teraz jest – ponownie serdecznie dziękuję za poświęcony czas i wykonane zdjęcia!
Księga Chrztów parafii w Porażu.
Archiwum rzym-kat parafii w Porażu.
Parafia w Porażu interesowała mnie ze względu na osobę Wawrzyńca Paszkiewicza, który jak zapisano w metryce jego ślubu z Marianną Bayerówną (siostrą mojego praprapradziada Dominika) z dnia 8 listopada 1831 roku w parafii w Dukli, był młynarzem w Porażu. Młynarzem w tej samej miejscowości miał być również ojciec Wawrzyńca – Kazimierz Paszkiewicz. Wg wspomnianej metryki ślubu Wawrzyniec miał wówczas 31 lat, czyli urodził się ok. roku 1800. Ze względu na zapis zawodu Wawrzyńca w metryce ślubu założyłam, że już jako małżonkowie Marianna i Wawrzyniec Paszkiewiczowie w następnych latach po ślubie mieszkali w Porażu i tam rodziły się ich dzieci. Założenie wydawało mi się całkowicie słuszne, ponieważ po dziś dzień w tej miejscowości mieszkają rodziny noszące to nazwisko. Jak podaje pan Edward Bańczak, w opracowanych przez siebie danych dotyczących mieszkańców Poraża, w 2000 roku mieszkało tutaj 26 osób noszących nazwisko Paszkiewicz. Jakże się jednak myliłam ....
Przygotowując tekst o parafii w Porażu sięgnęłam ponownie do zdjęć ksiąg metrykalnych oraz do moich notatek sprzed 9 lat. Jak to dobrze, że założyłam wówczas oddzielny zeszyt na zapiski dotyczące metryk z Poraża. Miałam teraz przed sobą wyszukane wiele lat temu informacje, nie wymieszane z innymi tematami, parafiami czy rodzinami.
Od pierwszych kart księgi chrztów z 1787 roku nazwisko Paszkiewicz występuje licznie w księgach zarówno wśród rodziców chrzczonych dzieci jak i wśród rodziców chrzestnych. Mało tego! Równocześnie żyje dwóch Kazimierzów Paszkiewiczów, którym naprzemiennie rodzą się dzieci w tej parafii. Szczęśliwie w metrykach są też zapisane imiona i nazwiska panieńskie matek dzieci, w związku z czym łatwo dało się wyodrębnić rodzinę mojego Kazimierza, żonatego z Zofią. W wypisie z księgi małżeństw parafii w Dukli nazwisko Zofii zapisano jako Michniewicz. W poraskich księgach metrykalnych nazwisko panieńskie Zofii zapisywano jako Myckiewicz/Mickiewicz. Być może zapis w dukielskiej księdze był mało wyraźny i trudny do odczytania.
Księga chrztów parafii w Porażu:
21.02.1788 Nr domus 32 – Mathias f. Casimirus Paszkowic et Sophia Myckiewiczowa
10.10.1790 Nr domus 32 – Andreas f. Casimirus Paszkowicz et Sophia Myckiewiczowa
04.07.1792 Nr domus 32 – Marianna f. Casimirus Paszkowicz et Sophia Myrkiewiczowa
12.09.1795 Nr domus 4 – Thecla f. Casimirus Paszkowicz et Sophia
18.08.1800 Nr domus 32 – Laurenty f. Casimirus Paszkiewicz et Sophia Mickiewiczowa
12.09.1803 Nr domus 32 – Michael f. Casimirus Paskiewicz et Sophia Mickiewiczowa
Zapis chrztu Wawrzyńca Paszkiewicza - 18 sierpień 1800 r.
Archiwum rzym-kat. parafii w Porażu.
Księga zgonów parafii w Porażu:
06.09.1791 Nr domus 32 Andreas f. Casimiri Sophiae Paszkiewicz – 9 miesięcy
-- .09.1795 Nr domus 32 Thecla Paszkiewiczowa – 3 tygodnie
19.05.1804 Nr domus 32 Michael Paszkiewicz – 4 lata
I to wszystko. Nie ma nic więcej.
Z niedowierzaniem patrzyłam na moje notatki z 2009 roku. Skąd mi się w takim razie wzięło przekonanie, że Marianna z Bayerów i Wawrzyniec Paszkiewiczowie mieszkali po ślubie w Porażu? Ponownie przejrzałam zdjęcia ksiąg, zwracając uwagę również na numery domów. Jednak po 8 listopada 1831 roku, kiedy to Wawrzyniec Paszkiewicz poślubił w Dukli Mariannę Bayerównę, nie znalazłam żadnego zapisu dotyczącego tego małżeństwa. Co więcej - w Księdze Zapowiedzi z lat 1828-1832 nie ma odnotowanych zapowiedzi przedślubnych Wawrzyńca, a przecież skoro miał być w tym czasie młynarzem w Porażu, to tu powinny być głoszone też zapowiedzi – w parafii narzeczonego.
Wiadomo jedno – musieli mieszkać gdzieś w okolicy, skoro dwa lata po ślubie (7 listopada 1833 roku), Marianna z Bayerów Paszkiewiczowa została matką chrzestną swojej bratanicy Katarzyny Bayer, a chrzest miał miejsce w Dukli.
Jedyne co mi teraz przychodzi do głowy, to zamówić jednak w Archiwum Archidiecezjalnym w Przemyślu skany metryk z Dukli (odpłatna kwerenda wykonywana przez zewnętrzną firmę) i przekonać się osobiście jakie informacje zapisano w tych metrykach. Być może przy robieniu wypisów z ksiąg znajdujących się w archiwum parafialnym w Dukli, zostało źle odczytane nie tylko nazwisko Zofii, matki Wawrzyńca, ale i nazwa miejscowości, w której on mieszkał.
Ech … niby to tylko boczna linia, ale czy musieli się schować?
Gdyby tak można było pojeździć po Podkarpaciu od parafii do parafii i szukać, szukać, szukać….  Marzenia …..

Bibliografia:
Edward Bańczak „Dzieje i czasy współczesne Poraża” Stalowa Wola 2000
Elżbieta Kokoszka "Poraż: zarys monograficzny" Krosno 2003
"Dziedzictwo kulturowe Poraża" Krosno 2003
"Katalog Zabytków Sztuki. Lesko, Sanok, Ustrzyki Dolne i okolice" pod red. Ewy Śnieżyńskiej-Stolotowej i Franciszka Stolota IS PAN W-wa 1982