niedziela, 18 listopada 2018

Piotrków Trybunalski i spotkanie TGZCz w Częstochowie - 14.11.2018

 

Marysia, koleżanka z Warszawskich Genealożek, namówiła mnie na jednodniowy wyjazd do Częstochowy na listopadowe spotkanie tamtejszych genealogów, zrzeszonych w Towarzystwie Genealogicznym Ziemi Częstochowskiej. Zapowiedziany temat spotkania był bardzo ciekawy, związany z 100 rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę, a miał go przedstawić bardzo dobrze nam znany prezes częstochowskich genealogów – Jacek Tomczyk: 
„Jak mój dziadek wracał do Niepodległej”
Przyznaję, że spodobał mi się jej pomysł. Cały mijający rok poświęciłam na poszukiwania oraz badanie dokumentów w archiwum w Zamościu i po wielokrotnych wizytach w rodzinnym mieście mojego ojca, czułam już trochę przesytu tym miejscem. Wycieczka w nowym kierunku była mi najwyraźniej potrzebna. 
Łatwiej jednak wymyśleć wycieczkę, trudniej jest ją zaplanować. Nie udało nam się znaleźć odpowiednich połączeń autobusowych czy kolejowych takich, aby tego samego dnia pojechać i wrócić do domu, bez konieczności nocowania w Częstochowie. Wszystkie powrotne kursy do Warszawy startowały z Częstochowy zbyt wcześnie. Nie miałybyśmy czasu na rozmowy ze znajomymi po spotkaniu, a wyglądało na to, że musiałybyśmy nawet wyjść przed jego końcem. Na szczęście okazało się, że mój syn akurat ma wolny dzień i może zawieźć nas samochodem. Dawało to nam komfort podróży, a także możliwość zwiedzenia czegoś po drodze.
Nasz wybór padł na Piotrków Trybunalski, w którym chyba nigdy wcześniej nie byłam. Sprawdziłam stronę internetową miejscowego muzeum i okazało się, że jest tam do obejrzenia niedawno otwarta wystawa czasowa „Piotrkowski szlak ku Niepodległości”. 

Plakat wystawy czasowej
Źródło - https://muzeumpiotrkow.pl/


Plan w związku z tym był taki, że wyjeżdżamy o 10.00, jedziemy do Piotrkowa, tam pójdziemy do muzeum, obejrzymy wystawę, przespacerujemy się po zabytkowej części miasta i wyruszymy do Częstochowy na tyle wcześnie, aby mieć czas na spokojne zjedzenie obiadu przed spotkaniem. Niestety, plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać. 
Błędem było umówienie się z Marysią u mnie w mieszkaniu. Miałam bowiem rozłożone na stole różne domowe archiwalia i oczywiście obie z Marysią utknęłyśmy w tym na dobrą godzinę. W efekcie wyjechaliśmy z Warszawy z ponad godzinnym opóźnieniem, a roboty drogowe oraz korki na trasie katowickiej opóźnienie w podróży nam zwiększyły. 

Piotrków przywitał nas mżawką, ale niezrażone powędrowałyśmy do Muzeum, dając naszemu kierowcy czas wolny. Obejrzałyśmy z zainteresowaniem nie tylko wystawę czasową, ale również wystawy stałe, popatrzyłyśmy też z góry na piotrkowskie Stare Miasto o mokrych dachach. Obeszłyśmy Rynek, wstąpiłyśmy do księgarni, a w drodze do samochodu skusił nas jeszcze szyld Muzeum Piwowarstwa. Na zwiedzanie muzeum miałyśmy za mało czasu, ale oferta sklepu przy muzeum była bogata i nie wyszłyśmy z pustymi rękoma. 

Ulicą Zamkową wędrujemy w kierunku Muzeum

Zrujnowana, ale ciekawa kamienica

Zamek w Piotrkowie Trybunalskim, w którym mieście się miejscowe Muzeum



Rynek Trybunalski 
W głębi fasada kościoła św. Franciszka Ksawerego



Ulica Rwańska i kościół ewangelicko-augsburski,
dawny kościół OO. Pijarów

Nasz kierowca na Rynku

Ulica Szewska i szyld Muzeum Piwowarstwa

Sklep przy Muzeum Piwowarstwa

Zgodnie stwierdziłyśmy, że czujemy niedosyt po tej wizycie i warto by było przyjechać wiosną do Piotrkowa na cały dzień, żeby zwiedzić go porządnie, nie spiesząc się tak jak dziś.
Na razie jechaliśmy do Częstochowy, czasu było co raz mniej, za to samochodów na drodze było co raz więcej. Była to już pora powrotów z pracy i po dojechaniu do centrum miasta utknęliśmy w kolejnych korkach. Jadąc ulicą Focha, wypatrzyłyśmy z Marysią „Gospodę Rybną”, której zaletą było położenie blisko miejsca spotkania częstochowskich genealogów. Minusem, jak dla mnie, była jej nazwa – Rybna. Wysiadałyśmy z samochodu w pośpiechu, kiedy samochód utknął w korku na kolejnym czerwonym świetle. Czasu na obiad miałyśmy niedużo, było już po 16. W Gospodzie okazało się, że oferują nie tylko ryby, co mnie bardzo ucieszyło. Zamówiłyśmy dania, na które nie trzeba było długo czekać, połykałyśmy nasze porcje w pośpiechu, ale i tak dotarłyśmy na spotkanie ciut spóźnione.

Wykład Jacka był ciekawy, a opowieść dotyczyła jego dziadka Stanisława Tomczyka, który został wcielony do armii rosyjskiej i na przełomie 1917/18 roku stacjonował w Odessie. Tam poznał córkę polskiego zesłańca, z którą się ożenił i z którą wracał prawie rok do odradzającej się Polski. W trakcie wykładu pokazał wiele dokumentów z domowego archiwum, a także rodzinnych pamiątek. W spotkaniu uczestniczyły żona, synowa i wnuczka Jacka oraz całkiem spore grono genealogicznych pasjonatów z Basią i Krysią na czele. 

Jacek w czasie wykładu

Basia, Marysia i ja 
Nie śpię! Z zamkniętymi oczami lepiej się słucha.

Zdjęcie uczestników spotkania

Po spotkaniu Basia zabrała nas jeszcze do swojego domu, za mało jej było rozmów z nami. Godzinkę posiedziałyśmy rozmawiając, delektując się Basi szarlotką i rewelacyjną nalewką. Niestety, musiałyśmy wracać. Nasz kierowca szedł następnego dnia rano do pracy, chciał dojechać do Warszawy przed północą.

Informacje: 
- zdjęcia ze spotkania dostałam od Basi 
- Towarzystwo Genealogiczne Ziemi Częstochowskiej https://www.genealodzy.czestochowa.pl/
- Muzeum w Piotrkowie Trybunalskim https://muzeumpiotrkow.pl/ 


wtorek, 13 listopada 2018

Ze Lwowa przez Karyntię do Zamościa

 




Opowieść o moim dziadku ojczystym Ludwiku Bayerze (1877 Lwów - 1938 Zamość) muzyku i urzędniku skarbowym.

Z urodzenia Lwowiak, z wykształcenia - muzyk i urzędnik, pracownik Urzędów Skarbowych we Lwowie i Zamościu. W sierpniu 1914 roku zmobilizowany do Armii Austro-Węgierskiej. Służył w oddziałach zapasowych, najpierw na froncie wschodnim w Karpatach, a następnie na froncie włoskim w Karyntii. Po wyzwoleniu Galicji spod okupacji wojsk rosyjskich i objęciu przez wojska austriackie nadzoru nad Lubelszczyzną, przeniesiony służbowo do Zamościa, do tamtejszego Urzędu Skarbowego. Tu zastały go wydarzenia roku 1918 i odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Opowieść o latach lwowskich mojego dziadka, czasach Wielkiej Wojny w jego życiu, wydarzeniach listopada 1918 roku w Zamościu oraz  latach powojennych w tym mieście, gdzie osiadł z rodziną, angażując się tu w działalność społeczną.

Opowiem również o źródłach archiwalnych, z których korzystałam oraz o sukcesach, niespodziankach i porażkach w moich poszukiwaniach genealogicznych.


Pamiątkowe zdjęcie z Warszawskimi Genealożkami
w Ursynotece, po wykładzie
W tle zdjęcie portretowe mojego dziadka wykonane w Zamościu 2.11.1918r.

Informacja o wykładzie na stronie warszawskiej URSYNOTEKI
Ze Lwowa przez Karyntię ... 

Edit:
Wykład powtórzyłam na spotkaniu Towarzystwa Genealogicznego Centralnej Polski w dniu 27 listopada 2018 r.  -  128. Opowieści rodzinne

wtorek, 21 sierpnia 2018

Spotkanie na RODOS - 5 Urodziny Warszawskich Genealożek

Nasz urodzinowy tort - tarta z czarną porzeczką od Beaty.

W sobotę 4 sierpnia 2018 roku odbyło się wakacyjne spotkanie grupy Warszawskich Genealożek. Już po raz drugi, dzięki zaproszeniu Grażynki, nasze letnie spotkanie miało miejsce na RODOS*, na zielonej trawie pod koronami starych drzew owocowych, w otoczeniu kwitnących kwiatów. Tym razem dodatkowo świętowałyśmy 5 lat istnienia grupy.

Grupa „Warszawskie Genealożki” powstała z inicjatywy Grażyny Rychlik. Pierwsze rozmowy na ten temat prowadzone były wśród Warszawianek na spotkaniu sympatyków portalu Genpol w marcu 2012 roku. Ostateczne decyzje zostały podjęte jednak dopiero rok później przez "grupę inicjatywną", do której należały: Beata W., Ewa, Grażyna R. Joanna J., Justyna, Olga oraz Basia, która co prawda nie jest Warszawianką, ale często tu przyjeżdża w odwiedziny. Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 20 kwietnia 2013 roku w Cafe Lorenz i spotkały się wówczas: Justyna, Grażyna R., Ewa i Joanna J.. Przez ponad rok spotkania odbywały się w tej kawiarni działającej w gmachu Muzeum Narodowego. Niestety,  lokal ten skrócił godziny swojej działalności, co automatycznie powodowało skrócenie spotkań. Nie spotkało się to z naszym entuzjazmem. Szukając innego miejsca, które czynne byłoby dłużej, trafiłyśmy do kawiarni „Po Prostu Zachęta” w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych przy Pl. Małachowskiego, gdzie czasem spotykamy się i dziś. W tym okresie spotkania odbywały się w piątki, mniej więcej raz w miesiącu.
Od lutego 2015 roku Warszawskie Genealożki brały udział w comiesięcznych warsztatach genealogicznych organizowanych przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Oczywiście nie zawsze w pełnym składzie. Po warsztatach był jeszcze czas na krótkie pogaduchy  przy herbacie, w jednej z okolicznych kawiarni. Nasz udział w warsztatach prawie całkowicie wyeliminował comiesięczne, piątkowe spotkania.
Od jesieni 2015 roku częściej pojawiamy się na spotkaniach Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego. Odmłodzony zarząd WTG skutecznie zadbał o interesujące tematy wykładów. A po wykładach WTG z przyjemnością spotykamy się jeszcze przy herbacie we własnym gronie, czasami zapraszając do nas również kolegów. Tego rodzaju spotkania  koleżanka Małgosia z Kaszub określiła jako „Babeczki z rodzynkami”
Od września 2017 roku, w mniejszym lub większym gronie, bierzemy udział w zajęciach „Genealogia w Ursynotece” organizowanych przez Jacka Okulusa - kierownika Muzeum Ursynoteki, a prowadzonych przez dr Andrzeja Nowika.
Jako grupa uczestniczymy w różnych spotkaniach genealogicznych w Polsce: w jubileuszach towarzystw regionalnych (Gniezno, Wrocław, Łódź, Warszawa), w konferencji w Brzegu, Pikniku Archiwalnym oraz w Nocy Muzeów w Warszawie. Od kilku lat jeździmy grupą mazowiecko-pomorską (gdyż w tych wyprawach uczestniczy też Mariusz Momont z Pomorskiego TG) na urodziny Lubelskich Korzeni, po drodze odwiedzając różne ciekawe miejsca. Organizujemy także wspólne wycieczki poza Warszawę: do archiwów i muzeów oraz śladami naszych przodków. Uczestniczymy w spacerach po warszawskich cmentarzach organizowanych przez tutejszych przewodników. Chętnie też spotykamy się z genealogicznymi znajomymi z innych regionów Polski oraz spoza jej granic, którzy odwiedzają stolicę.
Przez 5 lat istnienia Warszawskich Genealożek, do koleżanek powołujących grupę dołączyły: Łucja, Marysia, Monika, Gosia, Beata K., Asia R., Grażyna P. oraz Dorota.

Jaki charakter ma nasza grupa?
Tu zdania koleżanek są podzielone: część twierdzi, że wyłącznie towarzyski, część, do której i ja należę, że jesteśmy grupą genealogiczną. Co prawda jako grupa nie prowadzimy żadnej zorganizowanej działalności, ale każda z nas jest genealogicznie aktywna.
Blogi o tematyce genealogicznej, historycznej czy regionalnej prowadzą: Dorota, Grażyna R.,  Łucja, Marysia, Monika. Blog fotograficzny prowadzi Beata K.
Do regionalnych towarzystw genealogicznych należą: Asia, Basia, obie Grażyny, Joanna J. i Monika.
Indeksacją ksiąg metrykalnych zajmują się: Grażyna P., obie Beaty i Asia R.
Wykłady na różnego rodzaju spotkaniach genealogicznych prowadziły: Basia, Ewa, Grażyna R., Joanna, Justyna, Marysia i Monika. Justyna promowała poszukiwania genealogiczne w programach telewizyjnych, a ja występowałam w radiu. Książki, opracowania oraz artykuły publikowały Asia, Basia, Beata W., Ewa, Gosia, Grażyna R., Joanna, Justyna i Monika. Gosia jest autorką „Mapy parafii rzymskokatolickich” dostępnej w Internecie, a w latach 2014-2017 współredagowała genealogiczny, internetowy miesięcznik „More Maiorum”. Joanna J. była odpowiedzialna za prace redakcyjne przy tworzeniu jubileuszowego tomu „Querenda 5” Warszawskiego TG. Marysia od kilku lat działa jako wolontariuszka w Ośrodku KARTA i zachęca wszystkich do przekazywania tej instytucji archiwów rodzinnych (są wówczas szerzej dostępne).  Zjazdy rodzinne organizowały Asia, Basia i Joanna. 
I właśnie jako genealogiczna grupa zostałyśmy w tym roku poproszone o współorganizowanie „XV Urodzin Genpolu” w Warszawie.
Owszem, łączą nas przyjacielskie kontakty towarzyskie z nutą kulinarną, ale przede wszystkim połączyło nas zainteresowanie historią naszych przodków. I to tematy genealogiczne dominują na naszych spotkaniach. Jesteśmy też dla siebie wsparciem w trudnych, życiowych sytuacjach, które nas nie omijają.


Tegoroczne, letnie spotkanie na RODOS odbywało się w tropikalnych wręcz temperaturach. Upały trwały od wielu dni, w południe było niemożliwie gorąco. A my właśnie w  samo południe, w cieniu starych drzew owocowych, rozstawiłyśmy lekki pawilon, który ocieniał stół i stojące wokół niego fotele.  Dodatkowo dziewczyny zawiesiły na drążkach pawilonu prześcieradła, żeby słońce nie świeciło nam w oczy. 

Początek spotkania, jeszcze są wolne miejsca na stole :-)
Na dużym stole Grażynka położyła błękitny obrus, a na nim ustawiłyśmy przyniesione ciasteczka, orzeszki, wafelki,  tartę z czarną porzeczką, która była naszym tortem urodzinowym, ciasto z jabłkami – dzieło Grażynki, owoce: śliwki, morele i nektarynki, a także żółte, czerwone i czarne pomidory prosto z grządki Asi, czerwoną i żółtą paprykę, gotowany bób od Joanny oraz słój małosolnych ogórków mojej produkcji. Były też różne  napoje, nalewka i piwo domowego wyrobu od Doroty oraz butelka Prosecco, którą dostałyśmy na Genpolu od Tomka Nitscha z podziękowaniem za pomoc przy organizacji Urodzin Genpolu. Ewa przyniosła papierowe talerzyki w koty oraz sałatkę owocową z arbuzem, a Marysia dzieła swojej wegetariańskiej kuchni: jeszcze gorącą pizzę z kalafiora i świeżo upieczone krakersy z ziarenkami słonecznika. Super chrupiące były!


Pizza z kalafiora - dzieło Marysi.
W rogu zdjęcia widać fragment talerzyka z sympatycznym kotem.
Wszystko odbywało się zgodnie z zasadą: :”Siedzą i jedzą”. 
Oczywiście żartuję!
Warszawskie Genealożki na RODOS - Fot. Beata K.
Czas spotkania przede wszystkim wypełniały rozmowy. Tematów nam nie brakuje, zawsze ciekawe jest dowiedzieć się, gdzie która była, w jakim archiwum, bibliotece czy na cmentarzu, a przy okazji co się której przydarzyło. Co udało się odnaleźć: jakie dokumenty i informacje, a który z przodków nadal się ukrywa. Gdzie jeszcze warto by poszukać, w jakie miejsce zapukać. Jakie są plany na sierpień: wakacyjne czy archiwalne i co planujemy na jesień. Ciekawe, ale tym razem Beata nie przypomniała o realizacji naszych noworocznych, genealogicznych postanowień. Rozmawiałyśmy też o tym, kto się wybiera następnego dnia do Pułtuska na uroczystość wręczenia medalu PTG i jak tam dojedziemy. Omawiałyśmy również organizację wyjazdu na wrześniową Konferencję do Brzegu, bo najprzyjemniej podróżuje się razem. A poza tym podziwiałyśmy kapelusz Joanny, z niezwykle szerokim rondem. Przymierzałyśmy go wszystkie po kolei, a na koniec Beata zrobiła nam kapeluszową sesję zdjęciową.

Fot. Beata K.
Fot. Beata K.
 Było nas na RODOS dziesięć: Asia, Beata K, Dorota, Ewa, Gosia, Grażyna P, Joanna, Łucja, Marysia i ja. Wczesnym popołudniem zdecydowałyśmy, że najwyższy czas wznieść toast za wszystkie nasze spotkania przeszłe i przyszłe. Ustawiłyśmy świeczkę „Piątkę” na torcie chcąc ją zapalić, ale okazało się, że knot był mikroskopijny i odmówił współpracy. Zupełnie nam to nie przeszkodziło, toast spełniłyśmy, a tort z czarną porzeczką zniknął w błyskawicznym tempie.








Upał nie zelżał ani na chwilę, na niebie chmurek było niewiele, ale w miarę upływu czasu słońce przesuwało się i przeświecało przez gałęzie drzew owocowych już z innej strony. Nad głowami miałyśmy gałęzie śliwy, tuż obok rosła jabłonka, pod nią na trawie leżały dojrzałe jabłuszka. Wzdłuż ścieżki rosły pięknie teraz kwitnące floksy, a po ogrodzeniu pięły się z jednej strony jeżyny bezkolcowe, a z drugiej – winorośl.




Pnącza skutecznie chroniły nas przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów, ale nie zatrzymywały ich głosów (nas zapewne też było słychać). Tymczasem na kolejnej działce, słabo widoczny poprzez jeżyny, ustawiony był sporej wielkości basen. Toteż naszym rozmowom przez dłuższy czas towarzyszył plusk wody oraz chlupot godny solidnego hipopotama, a nawet dwóch. Trzeba przyznać, że trochę zazdrościłyśmy sąsiadom możliwości ochłodzenia się w wodzie. Dzięki Grażynce, która jak tylko przyszła na działkę, ustawiła i napełniła dziecięcy basenik, mogłyśmy chociaż nogi zamoczyć i stałyśmy tam sobie we trzy chłodząc się i tylko troszkę chlupocząc.




Jak to zwykle bywa, w miłym towarzystwie czas upływa szybko. Nie wiadomo kiedy minęło popołudnie i trzeba było kończyć nasze spotkanie. Tym bardziej, że słońce chowało się już za dachami pobliskich domów. Pozbierałyśmy, posprzątałyśmy, poskładałyśmy i pochowałyśmy wszystko co trzeba było. Domek i furtka zostały zamknięte, a my pewnie za rok spotkamy się tu znów letnią porą.


Letnią porą na RODOS - Fot. Asia R.

*RODOS - Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką :-) 

środa, 30 maja 2018

V Łódzkie Senioralia 13-25 maja 2018

 


Grafiki z https://uml.lodz.pl/seniorzy/projekty/lodzkie-senioralia/

Głównym celem organizowanych od 2014 r. Łódzkich Senioraliów jest zachęcenie osób w wieku powyżej 60 lat do aktywnego stylu życia, poszerzania swojej wiedzy, a także rozwijania pasji.  W organizację wydarzenia włączają się co roku łódzkie organizacje pozarządowe, różne instytucje, a także podmioty działające na rzecz osób starszych.

V Łódzkie Senioralia odbywały się w dniach 14-24 maja 2018 roku. Zajęcia podzielone zostały na kategorie: zdrowie, kultura, edukacja, sport/rekreacja, porady/drzwi otwarte, a oferta spotkań dla seniorów przybierała różne formy: wykładów, warsztatów, lekcji pokazowych, wycieczek, spotkań tematycznych, spektakli czy koncertów.

https://uml.lodz.pl/seniorzy/projekty/lodzkie-senioralia/

Towarzystwo Genealogiczne Centralnej Polski po raz pierwszy włączyło się w organizację Łódzkich Senioraliów w 2017 roku. W ubiegłym roku jako Towarzystwo przedstawiliśmy seniorom dwa wykłady połączone z pokazami multimedialnymi stopniowo wprowadzającymi słuchaczy w świat genealogii: Iwony Łaptaszyńskiej "Genealogia w pigułce czyli zasady zbierania informacji genealogicznych i sposoby ich katalogowania" oraz Krzysztofa Piesyka „Przegląd podstawowych programów genealogicznych".

W tym roku TGCP zaplanowało dla seniorów, w ramach kategorii edukacja, kolejne dwa wykłady z pokazami multimedialnymi o tematyce genealogicznej prowadzone przez członków naszego stowarzyszenia:
- „Centralne Archiwum Wojskowe źródłem informacji o naszych przodkach" - prowadząca Monika Bayer-Smykowska oraz
- „Jak poszukiwać przodków, gdy doszliśmy już do najstarszych ksiąg metrykalnych w „naszej” parafii” - prowadzący Krzysztof Piesyk


„Centralne Archiwum Wojskowe źródłem informacji o naszych przodkach" 
Wykład połączony z prezentacją multimedialną:
I. Historia CAW
II. Zasób CAW wg informacji udostępnionych na stronie archiwum:
- materiały archiwalne z lat 1908-1939
- materiały archiwalne z okresu II wojny światowej
- archiwalia Wojska Polskiego z lat 1943-1945
- archiwalia Wojska Polskiego po 1945 roku
- kolekcja Wojskowej Komisji Archiwalnej
- akta personalne i odznaczeniowe z lat 1918-2007
- zbiory fotograficzne
- zbiory kartograficzne
- kolekcja regulaminów, instrukcji i aktów prawnych
- archiwalia Wojska Polskiego z lat 1943-2007 (nieopracowane)
- depozyty
- materiały nieudostępniane
III. CAW w praktyce
- adres czyli gdzie znajduje się archiwum
- dojazd
- Pracownia Informacji Naukowej
- zasady udostępniania materiałów archiwalnych
- Pracownia Naukowa
- remont i rozbudowa czyli utrudnienia
- gdzie można coś zjeść
- Dni Otwarte CAW
IV. Przykłady dokumentów:
- formularze zgłoszenia użytkownika oraz rewersu
- kserokopie różnego rodzaju dokumentów uzyskanych w CAW, a dotyczących moich przodków oraz krewnych: akta personalne przedwojenne, akta personalne powojenne, Srebrny Krzyż Zasługi, odrzucone wnioski składane do Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości 

Zdjęcia Iwony i Mieczysława Łaptaszyńskich zrobione w trakcie spotkania: 








Krzysztof, ja i pamiątkowy plakat V Senioraliów


Informacje:
- Senioralia na stronie UM Łodzi Łódzkie Senioralia
- Strona TGCP: 
IV Łódzkie Senioralia
V Łódzkie Senioralia 
- Informacja o zasobie CAW wg. „Informator o zasobie archiwalnym Centralnego Archiwum Wojskowego” – praca zbiorowa pod red. Natalii Bujniewicz - zawiera dane o wszystkich zespołach, kolekcjach i innych materiałach archiwalnych znajdujących się w zasobie CAW, niezależnie od stopnia opracowania (dane aktualne na dzień 31.12.2007 r.)


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zamość Archiwalnie

Rynek Wielki w Zamościu
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Zamość to miasto rodzinne mojego ojca – Ryszarda Bayera. Tu się urodził, tu uczył, stąd powędrował na dalszą naukę najpierw do Lublina, a później do Warszawy. Jego ojciec, a mój dziadek ojczysty Ludwik Bayer, zamieszkał tu w latach Wielkiej Wojny. Nie chcę uprzedzać kolejnych odcinków rodzinnej sagi, dlatego nie będę się dziś rozpisywała o historii rodziny. Mam po prostu świadomość, że losy rodziny, która związana była przez dziesięciolecia z Zamościem, muszą mieć swoje odzwierciedlenie w zamojskich archiwaliach. I już dawno powinnam była przyjechać do Archiwum Państwowego w Zamościu, aby prowadzić tu poszukiwania dotyczące rodzin Bayerów i Kołtuniaków.
Moją pierwszą wizytę w zamojskim archiwum planowałam poświęcić odnalezieniu dokumentów dotyczących przede wszystkim jednej osoby – najstarszego, przyrodniego brata mojego ojca – Stanisława Bayera. Chciałam ustalić kiedy dokładnie przyjechał do Zamościa ze Lwowa (gdzie mieszkał od urodzenia), znaleźć zapisy dotyczące jego nauki w Gimnazjum Męskim w Zamościu oraz sprawdzić okres jego pracy w Urzędzie Gminy Komarów-Osada. Przed przyjazdem do Zamościa zadzwoniłam do archiwum i ustaliłam jakie zespoły archiwalne chciałabym przejrzeć.
Dzień 1 - Środa 11 kwiecień
Nie należę do osób, które lubią wcześnie wstawać, toteż pobudka o godzinie 5.15 nie nastroiła  mnie optymistycznie. Na szczęście w busie zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się dopiero, kiedy bus po ponad 2-godzinnej podróży, zatrzymał się na leśnym parkingu na 10-minutowy postój. Krótki spacer i po chwili dalsza podróż. Do Zamościa dojechałam po godzinie 11 i prosto z dworca PKS powędrowałam ze wszystkimi bagażami na ulicę Hrubieszowską do archiwum. Wypełniłam konieczne formularze i zaczęłam poszukiwania od rejestrów mieszkańców. Na początek ten z 1930 roku, do którego skorowidze  nazwisk spisane są w kilku tomach. W tomie pierwszym „A-E” odnajduję Ludwika Bayera z informacją, że powinnam zajrzeć do Tomu XIII, na stronę 131.
Tom XIII Rejestru Mieszkańców Miasta Zamościa
AP Zamość AMZ Sygnat. 72
Tom XIII zawiera zapisy dotyczące mieszkańców ulicy Listopadowej w Zamościu. Niestety, w przypadku Ludwika Bayera urzędnik wypełniający księgę, nie był skrupulatny i nie wypełnił dokładnie wszystkich rubryk. Zadowolił się wpisaniem tylko roku zamieszkania na terenie gminy oraz podaniem numeru „Księgi kontroli ruchu ludności”, w której zapewne zapisano bliższe informacje, ale księgi te nie zachowały się. Niespodzianką natomiast jest kolejna strona w Tomie XIII. Zapisano na niej lokatorów mieszkania Nr 2 tego samego domu – Kazimierza Kołtuniaka, brata babci Bayerowej, wraz z całą rodziną. Mam tu wszystkie jego dane, datę ślubu, dane żony, daty urodzeń dzieci.
Następnie sięgam do skorowidza Ksiąg Ludności Stałej z 1912 roku. Są trzy egzemplarze, zawartość każdego nieco się różni od pozostałych. Pierwszy ma tytuły rubryk i treść pisane w języku rosyjskim oraz pojedyncze uwagi wpisane po polsku. Drugi – również ma tytuły rubryk oraz treść pisane w języku rosyjskim, ale uwag zapisanych w języku polskim jest zdecydowanie więcej i odnoszą się do wydarzeń nawet z początku lat 20-tych XX wieku. Trzeci skorowidz, również datowany na rok 1912 jest całkowicie w języku polskim (tytuły rubryk oraz wpisy). We wszystkich zrobiłam zdjęcia zapisów dotyczących Kołtuniaków (rodzina babci Bayerowej) oraz Dybków (czwartej żony mojego dziadka). To na przyszłość, tego dnia nie zamawiałam KLSów sprzed Wielkiej Wojny. Zamówiłam za to Domową Książkę Meldunkową dotyczącą domu mojej babci przy ulicy Listopadowej. Jedyna, która jest dostępna w AP, obejmuje lata 1943-1950 i niewiele z niej dla mnie wynika. Bardziej przydałaby się wcześniejsza, ale cóż, nie zachowała się.
Czas nieubłaganie mijał, a pierwszego dnia  planowałam wyjść wcześniej z archiwum. Chciałam zdążyć jeszcze tego samego dnia obejrzeć wystawę „Lwów w grafice” w  Muzeum Zamojskim, która zgodnie z informacją na stronie internetowej muzeum, miała zakończyć się następnego dnia – w czwartek. Do wyjścia zostało mi pół godziny, poprosiłam więc już tylko o inwentarz do Zespołu Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam zobaczyć, jakie dokumenty dotyczące  dawnego Gimnazjum Męskiego w Zamościu zachowały się z lat 1916-1929 i przygotować rewersy na następny dzień pracy w archiwum.
Z archiwum powędrowałam przez pół Zamościa na Rynek Wielki, gdzie w zabytkowych kamieniczkach znajduje się Muzeum Zamojskie. Wystawa „Lwów w grafice XVII-XX wieku ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie” mieściła się w trzech salach na pierwszym piętrze. Cudna!!! Widoki Lwowa z różnych lat i różnych rysowników. Dużo grafik Karola Auera, dwa wykonane wg rysunków Macieja Bogusz Stęczyńskiego. Zachwyca mnie litografia Teodora Klementa wykonana wg rysunku Aleksandra Titza, a przedstawiająca Lwów zimą ok. 1852 roku. Jest oprawiony oryginał, ale też powiększona kopia zajmująca prawie całą ścianę. Myślę sobie, że świetnie wyglądałaby jako tapeta na ścianie w moim pokoiku.
"Lwów zimą" - Kopia litografii Teodora Klementa ok. 1857
wyk. wg rysunku Aleksandra Titza z ok. 1852
Oryginał ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie
Szukam widoków z połowy XIX wieku, kiedy to moi Bayerowie przybyli do Lwowa oraz takich, które przedstawiają te fragmenty miasta, z którymi byli związani. Piękna wystawa! Aż żal wychodzić! Pewnie dlatego pytam się pań w kasie czy przypadkiem wystawa nie będzie przedłużona do weekendu i okazuje się, że tak, można będzie ją oglądać jeszcze do niedzieli. Pytam o materiały związane z wystawą, może są katalogi albo reprodukcje. W efekcie otrzymuję do ręki słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie odzywa się do mnie wicedyrektor muzeum pan dr Piotr Kondraciuk. Okazało się, że katalog do wystawy został przygotowany przez stronę ukraińską i był bardzo drogi (50 zł), w związku z czym Muzeum Zamojskie nie zdecydowało się na rozprowadzanie go. Mogę za to dostać na pamiątkę ozdobne zaproszenie na wernisaż wystawy oraz plakat towarzyszący wystawie – bardzo chętnie przyjmę i dziękuję serdecznie. Umawiam się z panią w kasie, że przyjdę odebrać materiały w piątek po południu. Wstąpiłam jeszcze do Informacji Turystycznej mieszczącej się w przyziemiu Ratusza, gdzie zawsze są ciekawe materiały o regionie i w końcu pomaszerowałam w kierunku Domu Studenta, gdzie zarezerwowałam noclegi, po drodze zatrzymując się już tylko w barze „Asia”.
W hotelu studenckim z ulgą zdejmuję z ramion plecak z laptopem, zostawiam wszystkie rzeczy i po krótkim odpoczynku wędruję jeszcze na zamojski cmentarz, odwiedzić grób moich dziadków Weroniki z Kołtuniaków i Ludwika Bayerów. Pogoda jest piękna, cały czas świeci słońce, toteż spaceruję dłuższy czas po cmentarzu. Odnajduję też grób Anieli Bayer, czwartej żony mojego dziadka, gdzie pochowane jest również rodzeństwo mojego taty: Helusia i Henio zmarli w niemowlęctwie. Za to w żaden sposób nie mogę znaleźć grobu Pawła Kołtuniaka, mojego pradziada. Skręcam po kolei we wszystkie alejki po prawej stronie od głównej alei i nigdzie go nie ma. Dopiero po powrocie do hoteliku, kiedy sprawdziłam grób w wyszukiwarce cmentarza okazało się, że coś mi się pomyliło i powinnam była skręcić w alejkę po lewej stronie. Trudno, tym razem już nie zdążę ponownie tam pójść.
Dzień 2 - Czwartek 12 kwiecień 
Na warsztat wzięłam Zespół Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam udokumentować okres nauki Stanisława Bayera w tym Gimnazjum. W pierwszej kolejności przeglądałam Katalogi główne gimnazjum, w których znajdują się informacje o wszystkich uczniach z danego roku szkolnego. 


 Każda strona katalogu poświęcona jest jednemu uczniowi. Oprócz imienia, nazwiska, daty i miejsca urodzenia, podane są tu też: imię i zawód ojca ucznia, miejsce zamieszkania ucznia w czasie uczęszczania do gimnazjum oraz stopnie wystawione na I i II półrocze. Zdarzają się też różne, ciekawe uwagi. Zaczęłam od katalogu z roku szkolnego 1916/17, pierwszego roku istnienia tego gimnazjum. Do rocznika 1922/23 przeglądałam skrupulatnie strona po stronie, a kolejne sześć roczników już tylko konkretne klasy, gdzie spodziewałam się znaleźć informacje o drugim bracie mojego taty – Kazimierzu Bayerze. Czasem trafiło się jakieś znajome nazwisko, czasem zwróciła uwagę miejscowość urodzenia. W roku szkolnym 1920/21 wzruszają liczne adnotacje o wzięciu udziału w walkach w obronie ojczyzny. O ile w pierwszych latach funkcjonowania gimnazjum uczniowie w większości pochodzili z Zamościa i okolic, to od roku szkolnego 1920/21 pojawiają się uczniowie urodzeni w zupełnie innych regionach Polski. Ich ojcowie to urzędnicy i kolejarze, skierowani do Zamościa do pracy.
W sumie przejrzałam 13 katalogów głównych, każdy kolejny coraz obszerniejszy, ponieważ gimnazjum się rozrastało, przybywało uczniów i klas. Udało mi się ustalić dokładnie w jakich latach Stanisław Bayer uczęszczał do Gimnazjum w Zamościu. 
Uzyskałam poza tym kilka dodatkowych informacji: o adresach zamieszkania Bayerów w Zamościu oraz o stanowiskach, na których pracował mój dziadek Ludwik Bayer w zamojskim Urzędzie Skarbowym. Swoją drogą, to biedny ten mój dziadek był. Synowie nie byli pilnymi uczniami, stopnie mieli słabe, powtarzali klasy, by w końcu całkiem zniknąć z ewidencji uczniów: Stanisław po V, a Kazimierz po IV klasie gimnazjum. 
Katalog główny 1917/18 Gimnazjum Męskiego im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu
Wpis dotyczący Stanisława Bayera, ucznia klasy II
AP Zamość, Zesp. 201, Sygnat. 75
Dodatkowo zamówiłam „Protokoły Rady Pedagogicznej GM z lat 1920-1923”, ale dziś są niedostępne. Może dostanę je następnego dnia. Przejrzałam za to „Dokumenty uczniów – świadectwa szkolne 1917-1926”, ale nie było tu nic dotyczącego Bayerów.
Sprawdziłam jeszcze w Inwentarzu Książek Meldunkowych czy zachowały się te dotyczące świeżo odnalezionych, zamojskich adresów Bayerów, ale i tu nie mam szczęścia. Nie zachowały się żadne Książki meldunkowe dotyczące domów o adresach Lwowska 3 i Świętojańska 10, gdzie dziadek Ludwik mieszkał z rodziną do połowy lat 20-tych XX wieku. Tego dnia wyszłam z archiwum na pół godziny przed zamknięciem, ponieważ na popołudnie zaplanowałam wycieczkę do Komarowa-Osady, gdzie na miejscowym cmentarzu parafialnym pochowany jest Stanisław Bayer. 
Wsiadłam do busa jadącego do Tyszowiec, upewniając się czy na pewno jedzie przez Komarów i zapytałam jeszcze o kursy powrotne. Jest ich jeszcze kilka dziś, spokojnie powinnam zdążyć wszystko załatwić. W Komarowie wysiadłam na ryneczku, z którego widać już było wieże kościoła położonego powyżej na stoku wzgórza. Tak jak się umówiłam przed wyjazdem do Zamościa, dzwonię do proboszcza księdza dr. Franciszka Nieckarza, że już jestem. Dosłownie po chwili ksiądz pojawia się i prowadzi mnie na cmentarz. Trafiłam na wyjątkowo życzliwego proboszcza. Już w rozmowie telefonicznej przekazał mi kilka informacji, a teraz osobiście wskazuje mi drogę do grobu Bayerów. Chwilę rozmawiamy o Stanisławie, o parafii i kościele, po czym zostaję przy grobie sama. Nigdy nie było mi dane poznać tego najstarszego, przyrodniego brata mojego taty. Miałam zaledwie kilka lat kiedy zmarł, a rodziny nie utrzymywały później kontaktu. Po chwili zadumy nad losami rodzeństwa taty, które po II Wojnie Światowej rozjechało się po całej Polsce, wędruję po cmentarzu. Położony jest na zboczu wzgórza, wyniesionego wysoko ponad otaczający je teren. Widoki są niesamowite, tym bardziej, że liście jeszcze się nie rozwinęły i nic nie zasłania okolicy. Od południa widać pasmo wzgórz, wąwozy głęboko wcinające się w zbocza, porośnięte kwitnącą tarniną i brzozami nieśmiało jeszcze zieleniejącymi. W dolince niewielki strumyk, całe połacie zielonych ozimin, gdzieniegdzie świeżo zabronowane pola, a gdzieś w oddali traktor przemieszczający się między miedzami. Uroku krajobrazowi dodaje drewniany dom o malowanych na biało oknach oraz jasna, gruntowa droga prowadząca z dolinki przez zbocze, hen gdzieś daleko, daleko poza horyzont.
Komarów-Osada - widok z cmentarza parafialnego na południe.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Na cmentarzu moją uwagę zwraca pomnik poświęcony „Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku”, a na nim 31 nazwisk poległych żołnierzy. Wśród nich jedno znajome – szwoleżer Hykel Konrad (właśc. Konrad Mieczysław Hykiel), brat dziadka kolegi-genealoga Jurka Hykiela.
Komarów-Osada - Pomnik "Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku"
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Fantastyczną opowieść o dziejach rodziny Hykielów autorstwa p. Teresy Krzyżanowskiej kuzynki Jerzego, można przeczytać na łamach „Spotkań na Wschodzie” TUTAJ
Wychodzę z cmentarza górną bramą, wdrapuję się na wysokie pobocze drogi, skąd mam rozległy widok na północ oraz północny-zachód w kierunku Zamościa. Zabudowań Zamościa nie widać, horyzont jest zbyt zamglony, ale i tak widok jest fantastyczny na rozległą równinę, usianą zabudowaniami wiosek. Dopiero tu tak naprawdę widać, jak wysoko położony jest Komarów wraz z kościołem i cmentarzem.
Komarów-Osada - widok z komarowskiego wzgórza na północ.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Już po powrocie do hotelu przeczytałam, że osada położona jest na styku trzech krain geograficznych: Grzędy Sokalskiej, Padołu Zamojskiego i Kotliny Hrubieszowskiej. No faktycznie, wyniosłość tej Grzędy dało się odczuć.
Czasu miałam mało, a przyszło mi do głowy, żeby zrobić jeszcze zdjęcie kościoła z pewnego oddalenia. Wróciłam do centrum osady, a następnie powędrowałam boczną drogą, tak aby oddalić się trochę od miejscowości. Niestety, wzdłuż drogi cały czas ciągnęły się zabudowania. Musiałabym odejść naprawdę daleko, żeby ująć w kadr  kościół wraz ze wzgórzem, bez domostw na pierwszym planie. Zrobiłam kilka zdjęć ponad dachami budynków i szybkim krokiem wracałam na ryneczek. W samą porę, gdyż bus do Zamościa właśnie nadjeżdżał. Kiedy wysiadłam w  Zamościu, była już prawie godzina 18.00. Zastanawiałam się czy znajdę czynny jeszcze o tej porze jakiś bar, kiedy tuż przy kościele św. Krzyża na Nowej Osadzie, natknęłam się na otwarty „Kebab”. Najwyraźniej dziadkowie Bayerowie czuwali nad swoją wnuczką, co by głodna spać nie poszła. 

Dzień 3 – Piątek i to 13 dzień miesiąca
Na ten dzień zaplanowałam przeglądanie akt Gminy Komarów-Osada. Z opowieści taty wynikało, że Stanisław Bayer po II Wojnie Światowej pracował jako sekretarz Urzędu Gminy w Komarowie. Przejrzałam inwentarz do Zespołu i wybrałam te sygnatury, których zakres dat dotyczył lat 1944-1954. Najpierw jednak dostałam zamówione w czwartek „Protokoły Rady Pedagogicznej Gimnazjum Męskiego w Zamościu” z lat 1920-1923. Niestety, w protokołach nie było żadnych informacji o uczniach, poza wiadomościami statystycznymi. Być może poszukiwane przeze mnie informacje zawarte były w sprawozdaniach wychowawców poszczególnych klas, które jak wynika z protokołów, były odczytywane na posiedzeniach Rady Pedagogicznej, ale te nie zachowały się. 
W końcu przychodzi czas na akta Gminy Komarów. Jednak przed ich otrzymaniem muszę podpisać dodatkowe oświadczenie dotyczące korzystania z tych materiałów i późniejszego ich opracowywania (występują tu wrażliwe dane osobowe). Przeglądam wykazy osób posiadających gospodarstwa rolne, różnego rodzaju dokumenty dotyczące ewidencji i kontroli ruchu ludności, wykazy pracowników Gminnej Rady Narodowej w Komarowie-Osadzie, a nawet protokoły posiedzeń tej Rady. Z dokumentów tych wynika, że sekretarzem Gminy był najpierw, od września 1945 roku, Tadeusz Gałęzowski, a od 30 grudnia 1947 roku Karol Kudyba. Jest nawet lista pracowników GRN, jednak mojego Stanisława tam nie ma. Bayerów znalazłam dopiero na listach uprawnionych do głosowania w wyborach do GRN w 1954 roku i jest to jedyny dokument potwierdzający ich obecność w Komarowie. 
AP Zamość - Akta Gminy Komarów-Osada Sygnat.99
Ponieważ na listach wyborców zapisano, że mieszkali w Komarowie Dolnym, zamówiłam dodatkowo wykaz właścicieli gospodarstw rolnych tej części Komarowa. Niestety, nie było tam ani Bayerów, ani Wojasów (rodziny żony Stanisława). A czas pracy w archiwum dobiegł końca i nie mogłam zamówić już żadnych kolejnych materiałów. Trzeba będzie zaplanować kolejny przyjazd do Zamościa, żeby kontynuować poszukiwania.
Po wyjściu z archiwum, po raz kolejny przemaszerowałam przez pół miasta, w Muzeum Zamojskim odebrałam obiecane materiały i zapytałam tym razem o bibliotekę muzealną. A nuż widelec będzie czynna w sobotę. W efekcie otrzymałam słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie przemiła bibliotekarka Pani Magdalena Proć-Czochra poprosiła o przedstawienie w mailu tego, czego szukam, ponieważ muzealna biblioteka czynna jest od środy do piątku do godziny 15.30. Niestety, godziny pracy te same, co w archiwum. 
Z muzeum powędrowałam jeszcze dalej, na Lubelskie Przedmieście, gdzie w budynku dawnych rosyjskich koszar znajduje się Książnica Zamojska. Zawędrowałam tu w nadziei na możliwość przeglądania archiwalnych numerów miejscowych gazet z 1918 roku. Dostałam do zapoznania się jedynie kopie Kroniki Powiatu Zamojskiego, gdzie na temat interesującego mnie wydarzenia znalazłam tylko niewielki artykuł. Ruskie pierogi w barze oraz wieczorny spacer po zamojskiej Starówce zakończyły ten pracowity dzień.
Dzień 4 – Sobota 14 kwiecień
Śpię o godzinę dłużej, ponieważ nie muszę biec na 8.00 rano do archiwum. Kiedy pojawiam się przy recepcji hotelu, pani administratorka gorąco przeprasza mnie za poranne hałasy, ale musieli wywieźć pojemniki z podwórza oraz ustawić kontener. Jakie hałasy? Jakie pojemniki? Nie słyszałam kompletnie nic, spałam kamiennym snem, z trudem obudził mnie budzik nastawiony w telefonie.

Na miły początek dnia idę ponownie do Muzeum Zamojskiego, na pożegnanie obejrzeć jeszcze raz wystawę „Lwów w grafice”. Później krążę po uliczkach Starego Miasta, gdzie moją uwagę zwracają najprzeróżniejsze szyldy. Jakie ładne i pomysłowe! 
Zamość - Stare Miasto
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Mam nadzieję na zwiedzenie też Muzeum Fotografii, które powinno być czynne od 10.00. Jednak nic z tego, drzwi są zamknięte tak jak w poprzednich dniach. Przed kolejną wizytą w Zamościu będę musiała zadzwonić na podany na reklamie muzeum nr telefonu i umówić się na zwiedzanie.
Wracam do hoteliku, zabieram wszystkie swoje bagaże i wędruję do kawiarni „Verso” na spotkanie Genealogów Zamojszczyzny. Przychodzę tak zmachana, że dobrą chwilę muszę się wysapać, zanim się przedstawię. A później opowieści, opowieści, opowieści … Grupa niewielka, zaledwie cztery osoby, ale jak zawsze towarzystwo genealogów jest sympatyczne i  jest to miło spędzony czas.
Nieubłaganie jednak przychodzi godzina odjazdu busa do Warszawy. Musiałam pożegnać się z genealogami, z Zamościem i wrócić do Warszawy, ale ze świadomością, że na pewno jeszcze niejednokrotnie przyjadę do zamojskiego archiwum.

Zaproszenie na Wernisaż wystawy "Lwów w grafice XVII-XX wieku
ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie”,
które otrzymałam na pamiątkę w Muzeum Zamojskim w Zamościu
Wykaz przodków i powinowatych występujących w tekście:
Bayer Ryszard – mój ojciec (syn z piątego małżeństwa Ludwika)
Bayer Ludwik – mój dziadek ojczysty
Bayer Weronika z domu Kołtuniak – moja babcia ojczysta (piąta żona Ludwika)
Bayer Aniela z domu Dybka – czwarta żona Ludwika
Bayer Stanisław – syn Ludwika (z drugiego małżeństwa)
Bayer Kazimierz – syn Ludwika (z trzeciego małżeństwa)
Bayer Helena (Helusia) – córka Ludwika (z piątego małżeństwa)
Bayer Henryk (Henio) – syn Ludwika (z piątego małżeństwa)
Kołtuniak Paweł – mój pradziad, ojciec Weroniki Bayerowej
Kołtuniak Kazimierz – syn Pawła, brat babci Weroniki Bayerowej