sobota, 13 lipca 2019

Skrzypce pradziadka

Władysław Bayer de Werba - Lwów 5 maja 1902 r.
Fot. - Archiwum rodzinne 
Władysław Bayer de Werba (23.06.1855 Lwów – 21.06.1917 Lwów) - mój pradziad.
Był skrzypkiem, dyrygentem, prowadził we Lwowie własny zespół instrumentalny, z którym koncertował nie tylko we Lwowie, ale również we Wiedniu i w Petersburgu. Od końca XIX wieku, od czasu przedwczesnej śmierci żony Marii, udzielał również lekcji gry na skrzypcach. Z przekazów rodzinnych wiadomo, że posiadał wysokiej klasy skrzypce koncertowe.
Niewiele wiem na temat działalności zawodowej mojego pradziada. W domowym archiwum nie zachowały się żadne dokumenty dotyczące jego działalności muzycznej, a jedynie jego portretowe zdjęcie ze skrzypcami, wykonane we Lwowie 5 maja 1902 roku w zakładzie fotograficznym T. Bahrynowicza.
Wielokrotnie przeszukiwałam lwowską prasę z ostatniego ćwierćwiecza XIX wieku oraz pierwszych lat wieku XX, ale nie znalazłam żadnej wzmianki czy reklamy jego dotyczącej.
Działalność koncertową pradziada Władysława prezentuje natomiast pocztówka wydana we Lwowie  w pierwszych latach XX wieku nakładem fotografa Marka Munza.
Kapela Narodowa pod dyrekcją Heleny Bayer de Werba - Lwów pocz. XX w.
Pocztówka z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego 
Widokówka ta przedstawia "Kapelę Narodową pod dyrekcją Heleny Bayer de Werba", w skład której wchodzili między innymi: pradziad  Władysław Bayer - skrzypce (siedzi w środku), a także jego dzieci: Ludwik, Maria i Helena.
Dydaktyczną działalność Władysława potwierdzają zapisy w Księgach Adresowych Lwowa z lat 1902, 1910 i 1913, w których wymieniany jest jako nauczyciel muzyki, mieszkający pod różnymi adresami. W Księdze adresowej Lwowa na rok 1916 już nie występuje. Ciężko chory, mieszkał wówczas u córki Heleny Dostalowej na ul. Słodowej.
W 1917 roku, w wieczornym wydaniu  Kuriera  Lwowskiego Nr 289 z dnia 21 czerwca, zamieszczono wzmiankę o jego zgonie:
"We Lwowie zmarł wczoraj w 62 roku życia Władysław Werba, dyrygent kapeli mieszanej, która grywała w wielu restauracjach i kawiarniach lwowskich." 

Po śmierci Władysława skrzypce odziedziczył jego jedyny syn, a mój dziadek - Ludwik Bayer (1877-1938). Dziadek Ludwik posiadał wykształcenie muzyczne, grał na skrzypcach i na klarnecie, grywał w różnych lwowskich zespołach instrumentalnych. Jego muzyczne umiejętności wykorzystała też ck. armia w latach Wielkiej Wojny. Po prawie roku służby w oddziałach etapowych w Karpatach i w Karyntii, wiosną 1915 r. został przydzielony do orkiestry pułkowej, dającej koncerty w szpitalach polowych na zapleczu frontu włoskiego.

Ludwik Bayer był również urzędnikiem skarbowym - od 1903 roku pracował w Ck. Dyrekcji Skarbu we Lwowie, a w połowie 1916 roku, po zwolnieniu ze służby frontowej, został przeniesiony do znajdującego się pod zarządem Ck. Wojskowego Gubernatorstwa w Lublinie - Urzędu Skarbowego w Zamościu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dziadek pozostał w Zamościu, nadal pracując w tutejszym Urzędzie Skarbowym, osiągając stanowisko Sekretarza Urzędu. Ponownie się tutaj ożenił, sprowadził dzieci ze Lwowa i wrósł w środowisko Zamościan. 
W 1917 roku, po śmierci swego ojca Władysława, Ludwik przywiózł cenne skrzypce do Zamościa. Mój ojciec nie przypominał sobie, aby dziadek Ludwik kiedykolwiek na nich grał. Podobno w czasie wojny nabawił się kontuzji nadgarstka, co uniemożliwiało grę.

W czasie kryzysu gospodarczego, z dniem 1 lipca 1929 roku, dziadek Ludwik został przeniesiony na emeryturę, chociaż miał dopiero 52 lata. Emerytura nie dość, że dużo niższa od wcześniejszych poborów sekretarza US, to na dodatek bardzo szybko została zmniejszona (przestano uwzględniać okres pracy przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości). W tej sytuacji dziadek Ludwik zdecydował się na sprzedaż skrzypiec.

Tata mój, chociaż był wówczas małym chłopcem, dobrze pamiętał czas, kiedy jego ojciec sprzedawał skrzypce: wizyty potencjalnych kupców, odwiedziny sąsiadów, zachwyty nad instrumentem - wszystko to musiało na nim wywrzeć silne wrażenie, skoro wydarzenie to wspominał u schyłku swojego życia, mając prawie 90 lat. Nie pamiętał jednak kto kupił skrzypce jego dziadka (bardzo możliwe, że nawet tego nie wiedział), ani nie znał dalszych ich losów.
I przez długi czas historia skrzypiec pradziadka Władysława kończyła się dla mnie na wspomnieniach mojego taty.  Ale ……..

Kilkanaście lat temu, wiosną 2008 roku, przeglądając w Bibliotece Narodowej różne publikacje dotyczące Zamościa, wertowałam również „Encyklopedię Miasta Zamościa” autorstwa p. Andrzeja Kędziory, ówczesnego dyrektora Archiwum Państwowego w Zamościu. Książka była i jest zupełnie nie do kupienia (obecnie istnieje wersja internetowa – Zamosciopedia.pl), jej nakład wyczerpał się błyskawicznie po ukazaniu się na rynku, rzadko też pojawia się na portalach aukcyjnych. Czytałam hasła swoją treścią związane z życiem i działalnością moich przodków w Zamościu: Nowa Osada, ulice: Listopadowa i Spadek (gdzie mieszkali), szkoły powszechne oraz gimnazja (gdzie uczyli się młodzi Bayerowie), Urząd Skarbowy, Ubezpieczalnia, Sąd Okręgowy (gdzie pracowali w latach międzywojennych), a także wiele innych. Sięgnęłam też do hasła „Muzyka”, bo przecież dziadek – muzyk, i trafiłam tu na bardzo ciekawą informację. Otóż autor Encyklopedii odnotował, że w 1929 roku ktoś sprzedawał w Zamościu cenne skrzypce Guarnerius.
Skontaktowałam się z p. dyrektorem Andrzejem Kędziorą i otrzymałam informację, że to było ogłoszenie o sprzedaży instrumentu, zamieszczone w jednym z numerów „Słowa Zamojskiego” z 1929 roku. Pan dyrektor nie miał kopii tego ogłoszenia, a archiwalny numer gazety przeglądał w bibliotece Muzeum Zamojskiego. Ponieważ Biblioteka Narodowa nie posiadała tego rocznika „Słowa Zamojskiego”, napisałam maila do Muzeum Zamojskiego i po kilku dniach byłam szczęśliwą posiadaczką skanów poszukiwanej gazety. 
I oto w niedzielę, 10 listopada 1929 roku w "Słowie Zamojskim" na str. 6, ukazało się następujące ogłoszenie:  "Do sprzedania. 100-letni "Guarnerius" skrzypce orkiestrowe w b. dobrym stanie. Wiadomość w administracji "Słowa Zamojskiego" 

"Słowo Zamojskie" Nr 5 z dn. 10 listopada 1929 r
Biblioteka Muzeum Zamojskiego w Zamościu
Niestety, nie zachowała się dokumentacja redakcji „Słowa Zamojskiego”, dlatego tak na 100%  nie mogę potwierdzić, że to Ludwik Bayer dał ogłoszenie do gazety. Z drugiej jednak strony, ile takich skrzypiec mogło być w posiadaniu mieszkańców Zamościa.
Zainteresowałam się natomiast rodzajem instrumentu i już po przeczytaniu pierwszego artykułu o skrzypcach Guarnerius, pojawił się kolejny problem. Gdyby to były tej klasy skrzypce, to w roku sprzedaży miałyby prawie 200 lat, a nie 100 jak podano w ogłoszeniu. Pytanie, czy to dziadek Ludwik nie miał świadomości ile lat mają skrzypce, czy też nie był to Guarnerius, pozostaje do dziś bez odpowiedzi. 
Zwróciłam się jeszcze z pytaniem do Polskiego Związku Lutników, czy na podstawie zdjęć będą w stanie określić rodzaj skrzypiec: Guarnerius, a może wysokiej klasy instrument wzorowany tylko na Guarneriusach, a pochodzący z jednego z czeskich warsztatów lutniczych. Ale odpowiedź była odmowna. Poradzili mi, żebym przyniosła instrument, to go obejrzą i wydadzą opinię.
Bardzo chętnie przyniosłabym im skrzypce. Gdybym je tylko miała!

Rok później, w  maju 2009 roku, nabyłam w księgarni Domu Spotkań z Historią w Warszawie nowe, dwutomowe wydanie dzienników dr Zygmunta  Klukowskiego (lekarza pracującego w szpitalu w Szczebrzeszynie) : "Zamojszczyzna: Tom I 1918 - 1943; Tom II 1944 - 1954"


Czytałam „Zamojszczyznę…” nastawiając się na wyszukiwanie informacji o działalności Armii Krajowej w tym regionie, gdyż do jednego z tamtejszych oddziałów AK należał najstarszy brat mojego taty – Stanisław Bayer. Toteż z ogromnym zaskoczeniem przeczytałam notatkę dr. Klukowskiego z dnia 30 maja 1943 r.:
"Słyszymy coraz częstsze opowiadania o Niemcach, o ich strachu przed napadami i niedwuznacznym zachwianiu wiary w zwycięstwo. Między innymi osławiony gestapowiec Mazuryk w Zamościu tez czuje się coraz bardziej niepewnie. Ostatnio przywiózł do Zwierzyńca jakieś wyjątkowo cenne skrzypce i prosił swego dawnego nauczyciela Splewińskiego o przechowanie ich. Mówił przy tym, że nie wierzy już, aby sam mógł wyjść cało i chciałby choć te skrzypce przekazać synowi."

Dr Zygmunt Klukowski wspomina tutaj Bolesława Mazuryka, tłumacza zamojskiego gestapo, znanego w Zamościu i okolicach. Bolesław Mazuryk (przed wojną – Mazurek) w latach 30-tych XX wieku był nauczycielem muzyki w Szkole Powszechnej Nr 2 w Zamościu-Nowej Osadzie (uczył mojego ojca) oraz w zamojskim Gimnazjum Handlowym. Prowadził też w Zamościu zespół mandolinistów, a także udzielał prywatnych lekcji muzyki.

Dziadek Ludwik Bayer przyjaźnił się z Bolesławem Mazurkiem i jak wspominał mój ojciec - "była to znajomość z kręgu muzycznych znajomych mojego ojca". Bardzo prawdopodobnym jest więc, że to właśnie Bolesław Mazuryk kupił skrzypce Guarnerius od mojego dziadka Ludwika.

Dużo wcześniej, jeszcze zanim znalazłam informację w „Dziennikach” dr Klukowskiego, tata mój kilkakrotnie opowiadał mi taką historię: 
"W czasie okupacji hitlerowskiej wujek Kazik (Kazimierz Bayer s. Ludwika - przyrodni brat mojego ojca mieszkający w Chełmie), przyjechał w odwiedziny do nas, do Zamościa. Przypadkowo na ulicy spotkał gestapowca Mazurka, dawnego znajomego naszego ojca Ludwika; Mazurek był w pełnym, hitlerowskim umundurowaniu. Kazimierz przyszedł do domu bardzo zdenerwowany, ponieważ Mazurek witał się z nim serdecznie, przez podanie ręki, i miał ochotę na dłuższą pogawędkę, zapraszał do siebie do domu. Gdyby to zauważył ktoś ze znajomych, działających w podziemiu, Kazik mógłby mieć kłopoty."

Ojciec mój jednoznacznie negatywnie oceniał Bolesława Mazuryka. Tymczasem czytając publikacje poświęcone okresowi okupacji hitlerowskiej w Zamościu, znajdowałam o nim różne opinie.  Najlepiej podsumował je, nieżyjący już niestety, regionalista zamojski - p. Krzysztof Czubara w swoim artykule „Polacy w służbie w Gestapo”, opublikowanym w Tygodniku Zamojskim 6 sierpnia 2003 roku. Fragment poświęcony Bolesławowi Mazurykowi pozwolę sobie zacytować tu w całości:
„Najbardziej kontrowersyjną postacią w zamojskim gestapo był tłumacz Bolesław Mazuryk, przed wojną nauczyciel muzyki w Gimnazjum Handlowym i Szkole Podstawowej Nr 7. Spór na temat jego roli w służbie niemieckiej trwał jeszcze długo po wojnie. Jedni uznawali go za renegata i oprawcę, a inni za wybawcę i samarytanina.
Jan Grygiel, szef wywiadu w Zamojskim Inspektoracie AK, wspomina, że Mazuryk odmówił współpracy z jednym z członków podziemia, ale jednocześnie podaje przykłady jego patriotycznej postawy. Według Grygla, Mazuryk uratował od wywiezienia do obozu aresztowanego w 1943 r. Jerzego Karlińskiego „Miraxa” i zapobiegł aresztowaniu dr Konstantego Łastowieckiego, niszcząc dostarczony do gestapo anonim. Skądinąd wiadomo, że pomógł Jadwidze Leczyckiej, sekretarce sądowej, łączniczce wywiadu akowskiego i oficerowi kontrwywiadu AK. Uwolnił ją z aresztu. Uratował też od śmierci na Rotundzie plut. Franciszka Borka z Hajownik. Aresztowano go za pomoc zbiegłemu jeńcowi sowieckiemu. Kiedy jedna z córek Borka prosiła gestapowców o darowanie ojcu życia, Mazuryk obiecał „nie płacz dziecko, twój ojciec wróci do domu”. I dotrzymał słowa. Po rocznym pobycie w więzieniu jej ojciec został zwolniony.
W 1943 roku Mazuryka przeniesiono do Chełma. Tam został aresztowany za udzielanie pomocy więźniom i osadzony na Zamku w Lublinie. "Opuścił Zamek w transporcie więźniów 20 lipca 1944 roku. Opowiadano później, że uciekł z kolumny ewakuacyjnej.” – wspomina więzień lubelskiego Zamku Konrad Abraszewski z Zamościa.
Opowieść o Mazuryku nie byłaby pełna, gdyby nie wspomnieć o jego związkach z Abwehrą i Oddziałem II Sztabu Generalnego WP. Wiele wskazuje na to, że ten nauczyciel muzyki, a później  tłumacz, był agentem polskiego wywiadu.”

Nie znam dalszych losów Bolesława Mazuryka i jego rodziny. Wiem tylko, że on sam przeżył wojnę, ponieważ w latach 60-tych XX wieku zeznawał przed Okręgową Komisją d/s Badania Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, na procesie w/s gestapo w Zamościu. Dzięki jego zeznaniom było możliwe odtworzenie składu osobowego zamojskiej placówki i postawienie przed sądem kilku z zamojskich gestapowców.  Nie wiem jednak, czy wrócił na Zamojszczyznę i czy odebrał skrzypce od prof. Splewińskiego ze Zwierzyńca.

Próbowałam jeszcze dotrzeć do rodziny prof. Splewińskiego, w nadziei, że może oni będą pamiętać historię cennych skrzypiec. W książce "Encyklopedia ludzi Zamościa" Andrzeja Kędziory (obecnie Zamosciopedia.pl) znalazłam podstawowe informacje o Stanisławie i Wacławie Splewińskich (ojciec i syn) - muzykach, skrzypkach mieszkających w Zwierzyńcu. Z ich biogramów wynikało, że po II Wojnie Światowej przenieśli się z Zamojszczyzny do Bydgoszczy. Szukając informacji o nich, dotarłam do artykułu p. Eleonory Sienkiewicz-Bloch: "Sylwetki długoletnich dyrektorów szkół muzycznych w Bydgoszczy: Helena Stefania Sempołowicz i Wacław Splewiński". Z lektury tego artykułu wynikało, że prof. Wacław Splewiński (zmarły w 1974 r) był ostatnim przedstawicielem tej gałęzi rodziny Splewińskich oraz że autorka posiada liczne materiały archiwalne dotyczące prof. Splewińskiego. Za pośrednictwem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy nawiązałam kontakt z p. Eleonorą i przedstawiłam jej historię skrzypiec mojego pradziadka. Otrzymałam przemiłą odpowiedź, z której jednak wynikało, że pomimo przeprowadzonych rozmów z osobami, które pamiętały prof. Splewińskiego, a także sprawdzenia pamiętnika profesora, w którym opisał on okres pobytu rodziny na Zamojszczyźnie, nie udało się p. Eleonorze Sienkiewicz-Bloch, znaleźć żadnej informacji, czy wzmianki o cennych skrzypcach, które profesor dostał na przechowanie.

W taki oto sposób, bez happy endu, zakończyłam poszukiwania skrzypiec mojego pradziadka.
Pomimo wszystko: pomimo braku jakiegokolwiek ich powojennego śladu, pomimo obawy, że skrzypce zaginęły lub uległy zniszczeniu w czasie działań wojennych latem 1944 roku, wciąż mam nadzieję, że gdzieś istnieją.
Mam też  nadzieję, że kiedyś odezwie się do mnie ktoś, kto będzie znał ich dalsze dzieje.

Monika Bayer-Smykowska



Bibliografia:
Księga Adresowa Lwowa na rok 1902 - Wielkopolska BC
Księgi Adresowe Lwowa na rok 1910 i 1913 - Śląska BC
Kurier Lwowski Nr 289 wyd. wieczorne z dn. 21.06.1917 r.: http://anno.onb.ac.at/
Klukowski Zygmunt, Zamojszczyzna: Tom I 1918 - 1943; Tom II 1944 – 1954, Warszawa 2007
Kędziora Andrzej, Encyklopedia Miasta Zamościa, Chełm 2000
Kędziora Andrzej, Encyklopedia Ludzi Zamościa, Zamość 2007
Kędziora Andrzej,  http://www.zamosciopedia.pl/   dostęp 8.07.2019
„Rodzina Kwiatkowskich” [W mistrzowskim cyklu Roberta Horbaczewskiego] - Kronika Tygodnia z 27.12.2016 r 
https://www.kronikatygodnia.pl/- dostęp 12.07.2019
Oleszek Tadeusz "Mój udział w konspiracji i walkach partyzanckich w Obwodzie Zamojskim" [w:] Okruchy wspomnień z AK R. 9 Nr 33
Radziejewski Krzysztof "Kontrwywiadowcza charakterystyka Zamościa w 1956 r." [w:] Archiwariusz Zamojski 2010
Sienkiewicz-Bloch Eleonora: Sylwetki długoletnich dyrektorów szkół muzycznych w Bydgoszczy, s. 73–100 [w:] Twórcy i animatorzy muzyki na Pomorzu i Kujawach. Zeszyty Naukowe Akademii Muzycznej, nr 16. Bydgoszcz, 2002
Tygodnik Zamojski z dn. 6.08.2003 r.
Zeszyty Majdanka, Tom 5, 1971 r.

środa, 22 maja 2019

Noc Muzeów 2019


Tegoroczną Noc Muzeów spędzałam w Warszawie.
Wędrówkę po muzeach zaczęłam od siedziby Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej na ul. Kłobuckiej, gdyż IPN przygotował tu program zatytułowany „Utracony świat – obraz zniszczeń wojennych i strat osobowych z września 1939 r. w dokumentach IPN”. O godzinie 16.00 pierwsza grupa zainteresowanych osób miała możliwość zwiedzenia budynku Archiwum IPN, oczywiście pod przewodnictwem i opieką tutejszych pracowników. W korytarzach i salkach dostępne były wystawy zdjęć i dokumentów.

Magazyny Archiwum IPN - na regałach akta paszportowe z woj. mazowieckiego.

Wystawa zdjęć Antoniego Snawadzkiego w IPN.

W sali, w której kończyła się trasa zwiedzania, na uczestników Nocy Muzeów czekali pracownicy IPN. Można było uzyskać porady dotyczące poszukiwania informacji o osobach poszkodowanych w czasie II Wojny Światowej, jak i represjonowanych w latach PRLu. Można było także skorzystać z baz danych tej instytucji.

Z dalekiego Ursynowa najpierw autobusem, a następnie metrem, przejechałam do Śródmieścia, aby udać się do Archiwum Głównego Akt Dawnych.
Wędrując od stacji metra ulicą Długą, po drodze wstąpiłam do (również otwartego w Noc Muzeów) Muzeum Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. Muzeum to mieści się w podziemiach Katedry Polowej WP i przedstawia historię kapelanów różnych wyznań współpracujących z wojskiem.

Katedra Polowa WP na ul. Długiej

Kolejnym miejscem, które odwiedziłam było Archiwum Główne Akt Dawnych. Dostępna tu była wystawa „Pieczęcią i piórem. Jak dawniej uwierzytelniano dokumenty”, na której pokazano oryginalne dokumenty z podpisami i pieczęciami władców oraz znanych postaci historycznych. 

Podpis króla Jana Kazimierza na pergaminowym dokumencie z 1668 r.

Na godzinę 19.00 planowany był w AGAD koncert muzyki dawnej, na który jednak nie zaczekałam, ponieważ spieszyłam się na wykłady do Archiwum na Krzywym Kole.
Na tej uliczce, znajdującej się na Starym Mieście, mieści się Archiwum Państwowe w Warszawie. W ramach tegorocznej Nocy Muzeów archiwum to przygotowało m.in. cykl wykładów - "W kręgu źródeł i archiwów rodzinnych" - prowadzonych przez pracowników archiwum. 
Z tego cyklu interesowały mnie dwa wykłady:
- o godz. 19.00 - "Źródła do dziejów rodzinnych" (omówienie akt stanu cywilnego, ewidencji ludności, akt szkolnych, akt wymiaru sprawiedliwości, poszukiwań genealogicznych w archiwach państwowych i kościelnych, techniki sporządzania wypisów, budowania drzewa genealogicznego) - prowadzony przez p. Magdę Masłowską oraz
- o godz. 20.00 - "Jak możemy wykorzystać internet do poszukiwań genealogicznych" - p. Rafała Sztarskiego.


Szczególnie interesująco wypadł dla mnie wykład p. Masłowskiej. Omawiając różne rodzaje dokumentów przydatne w poszukiwaniach genealogicznych, a dostępne w Archiwum Państwowym w Warszawie, wspomniała o aktach Uniwersytetu Warszawskiego z okresu zaborów. 
Była to dla mnie niespodzianka! 
Kilka miesięcy wcześniej korzystałam bowiem z Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego, z akt osobowych studentów okresu międzywojennego. Pytałam się wówczas w Archiwum UW o dokumenty Głównej Szkoły Felczerskiej, która działała przy Cesarskim Uniwersytecie w Warszawie w latach 1867-1905. Otrzymałam odpowiedź, że dokumentacja z tego okresu została w 1915 r. wywieziona przez Rosjan do Rostowa n/Donem i nie została zwrócona.
Po wykładzie zwróciłam się do p. Masłowskiej z pytaniem kiedy dokumenty UW wróciły do Warszawy. Okazało się, że były dwie rewindykacje dokumentacji (o ile dobrze pamiętam): pierwsza jeszcze w latach 20-tych, a druga już po II Wojnie Światowej. Niestety całości dawnego archiwum Cesarskiego Uniwersytetu nie oddano, ale i tak to co jest, jest warte przeszukania. Tym bardziej, że znajdują się tam dokumenty felczerów.
Już po powrocie do domu odszukałam na portalu Szukaj w Archiwach interesujący mnie Zespół z zasobu Archiwum Państwowego w Warszawie:
72/214/0  Cesarski Uniwersytet Warszawski 1869-1917 : 1111 jednostek akt, w sumie 43,08 mb.
Zawartość:
I. Kancelaria Uniwersytetu Senatu, Zarządu i Rektora
II. Sekretariaty Wydziałów
III. Kancelaria Inspektora /od 1908 r. Prorektora/
IV. Akta osobowe pracowników
V. Akta osobowe studentów i farmaceutów
VI. Osobowe: felczerów, położnych, dentystów
VII. Stowarzyszenia studenckie i towarzystwa naukowe przy Uniwersytecie
Muszę przyznać, że wygląda naprawdę interesująco!

Po wykładach na Krzywym Kole, poszłam na herbatę z koleżankami, a bardzo późnym wieczorem wybrałyśmy się jeszcze razem na zwiedzanie warszawskiego Barbakanu.

Warszawski Barbakan nocą.


niedziela, 24 marca 2019

Archiwalny Radom


W poniedziałek 18 marca wybrałam się do Radomia, do tamtejszego Archiwum Państwowego. Chciałam poszukać tam śladów interesującego mnie felczera - Michała Woźniaka oraz jego syna Władysława. Wiedziałam, że felczer Michał po powrocie z Rosji w 1921 roku, przez kilka lat mieszkał i pracował w Skaryszewie, miasteczku położonym niedaleko Radomia. Miałam nadzieję, że znajdę dokumenty, w których podane będzie miejsce urodzenia Michała, bo chociaż znam dzieje tej rodziny od 1921 r. do września 1939 roku, to niestety nie wiem ani skąd on pochodził, ani gdzie uzyskał uprawnienia felczerskie.
Przejrzałam na portalu Szukaj w Archiwach zasób archiwum w Radomiu i wytypowałam interesujące mnie materiały. Kilka dni przed planowaną wizytą, zadzwoniłam do archiwum anonsując swój przyjazd oraz potrzeby archiwalne. Następnie wysłałam mailem zgłoszenie użytkownika oraz zamówiłam dokumenty. 



W poniedziałek rano, kiedy dotarłam spiesznym krokiem do siedziby archiwum, dokumenty już na mnie czekały. W pierwszej kolejności zabrałam się za przeglądanie dokumentów szkolnych Szkoły Powszechnej w Skaryszewie, gdyż tam w latach 1921-1924 (wg. danych zawartych w życiorysie napisanym w latach studenckich) uczył się Władysław Woźniak. I rzeczywiście, znalazłam Władysława na liście uczniów tej szkoły, wszystkie jego dane osobowe się zgadzały.




I taka ciekawa uwaga, wpisana przez organ nadzorujący szkołę:


Niestety, dla gminy Skaryszew nie zachowały się dokumenty ewidencji ludności z lat 1921-1925, z okresu w którym rodzina Woźniaków mieszkała na jej terenie, a z Referatu Bezpieczeństwa Starostwa Powiatowego w Radomiu tylko jedna sygnatura dotyczyła pierwszej połowy lat 20-tych XX wieku. Na wszelki wypadek przejrzałam i te dokumenty, chociaż dotyczyły osób poszukiwanych – zbiegłych obcokrajowców.
Na koniec z zespołu „Rząd Gubernialny Radomski” zapoznałam się z dokumentami Referatu Lekarskiego z lat 1914-1915, w nadziei znalezienia wzmianki o moim felczerze, ale tu też nic nie znalazłam poza cieszącymi oko dawnymi stemplami i nagłówkami urzędowych pism.




Podsumowując moją wizytę w AP Radom mogę stwierdzić, że spełniła ona moje oczekiwania tylko w połowie: potwierdziłam obecność interesującej mnie rodziny w Skaryszewie, ale bliższych informacji o głowie tej rodziny nie znalazłam.

Po wizycie w archiwum miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu mojego autobusu powrotnego do Warszawy, mogłam w związku z tym spokojnie przespacerować się po mieście.

Gmach Resursy Obywatelskiej


Narożna kamienica u zbiegu ulic Żeromskiego i Witolda

Klasztor i kościół OO. Bernardynów

Radomski deptak - ul. St. Żeromskiego - perspektywę zamyka wieża kościoła farnego.
Gmach dawnego radomskiego oddziału Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego


Gmach Banku Państwa w Radomiu

Przed jednym ze sklepów: kotek Miau i piesek Hau.

Park Kościuszki - aleja ks. bp. Jana Chrapka prowadząca do Katedry Radomskiej pw. NMP

Pomnik Jana Kochanowskiego w Parku Kościuszki

A po wizycie w barze "Bolek i Lolek" i dłuższej chwili spędzonej przy herbacie, nad Radomiem zapadł już zmrok i miasto wyglądało tajemniczo :

Radomski deptak o zmroku

Przed Pałacem Sandomierskim

niedziela, 10 lutego 2019

ŚTG Wrocław - CBN Polona - Warsztaty

W środę 6 lutego 2019 r miałam przyjemność gościć na spotkaniu Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu.

Poprowadziłam warsztaty (pierwsze w tym roku), których celem było pokazanie jak  korzystać z Cyfrowej Biblioteki Narodowej POLONA, a także jak wykorzystać zasoby tej biblioteki cyfrowej do poszukiwań genealogicznych.
Po krótkim przedstawieniu historii POLONY pokazałam podstawowe funkcje tej biblioteki. Zawsze w czasie warsztatów korzystam z łącza internetowego, tak aby wszelkie działania pokazywać bezpośrednio w bibliotece cyfrowej. Tak więc i tym razem pokazywałam na konkretnych przykładach możliwości wyszukiwania potrzebnych informacji, sposoby porządkowania oraz ograniczania ilości wyników oraz zasady korzystania z panelu prasy. Pokazałam także udogodnienia, jakie zyskuje się po zarejestrowaniu i zalogowaniu na stronie CBN POLONA, czyli: oznaczanie ulubionych publikacji, tworzenie własnych kolekcji oraz możliwość dodawania zakładek i notatek w czytanych publikacjach.
Był też oczywiście czas na zadawanie pytań przez uczestników warsztatów.



Na koniec pokazałam ciekawostkę jaką jest Projekt Polona/Typo – czyli możliwość tworzenia napisów, tytułów lub haseł z liter pochodzących z udostępnionego zasobu Biblioteki Narodowej.


Po warsztatach spotkaliśmy się już w mniejszym gronie przy herbacie.


Kolejnego dnia, w towarzystwie moich wrocławskich koleżanek Marylki i Majki, zwiedziłam gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego: znajdujące się tam Muzeum UWr., Colegium Marianum oraz przepiękną Aulę Leopoldyńską, która mnie zachwyciła. Na koniec weszłyśmy po Cesarskich Schodach  na taras widokowy znajdujący się na Wieży Matematycznej. Z tarasu rozciąga się ciekawa panorama Wrocławia pełna spadzistych dachów i kościelnych wież. Horyzont tego dnia był zamglony i niestety nie było widać ani Sobótki, ani innych wzniesień Przedgórza Sudeckiego.





O historii Uniwersytetu Wrocławskiego i o muzeum znajdującym się w Gmachu Głównym UWr. można poczytać tu http://muzeum.uni.wroc.pl/ 

Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom warsztatów za obecność oraz za wszystkie pytania. Dziękuję też serdecznie Marylce za gościnę, a Marylce i Majce za oprowadzanie po Wrocławiu. To były bardzo przyjemne dwa dni w Waszym mieście.

PS. Wszystkie pokazane tu zdjęcia są autorstwa Majki, której dziękuję za zgodę na ich udostępnienie na moim blogu!



wtorek, 21 sierpnia 2018

Spotkanie na RODOS - 5 Urodziny Warszawskich Genealożek

Nasz urodzinowy tort - tarta z czarną porzeczką od Beaty.

W sobotę 4 sierpnia 2018 roku odbyło się wakacyjne spotkanie grupy Warszawskich Genealożek. Już po raz drugi, dzięki zaproszeniu Grażynki, nasze letnie spotkanie miało miejsce na RODOS*, na zielonej trawie pod koronami starych drzew owocowych, w otoczeniu kwitnących kwiatów. Tym razem dodatkowo świętowałyśmy 5 lat istnienia grupy.

Grupa „Warszawskie Genealożki” powstała z inicjatywy Grażyny Rychlik. Pierwsze rozmowy na ten temat prowadzone były wśród Warszawianek na spotkaniu sympatyków portalu Genpol w marcu 2012 roku. Ostateczne decyzje zostały podjęte jednak dopiero rok później przez "grupę inicjatywną", do której należały: Beata W., Ewa, Grażyna R. Joanna J., Justyna, Olga oraz Basia, która co prawda nie jest Warszawianką, ale często tu przyjeżdża w odwiedziny. Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 20 kwietnia 2013 roku w Cafe Lorenz i spotkały się wówczas: Justyna, Grażyna R., Ewa i Joanna J.. Przez ponad rok spotkania odbywały się w tej kawiarni działającej w gmachu Muzeum Narodowego. Niestety,  lokal ten skrócił godziny swojej działalności, co automatycznie powodowało skrócenie spotkań. Nie spotkało się to z naszym entuzjazmem. Szukając innego miejsca, które czynne byłoby dłużej, trafiłyśmy do kawiarni „Po Prostu Zachęta” w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych przy Pl. Małachowskiego, gdzie czasem spotykamy się i dziś. W tym okresie spotkania odbywały się w piątki, mniej więcej raz w miesiącu.
Od lutego 2015 roku Warszawskie Genealożki brały udział w comiesięcznych warsztatach genealogicznych organizowanych przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Oczywiście nie zawsze w pełnym składzie. Po warsztatach był jeszcze czas na krótkie pogaduchy  przy herbacie, w jednej z okolicznych kawiarni. Nasz udział w warsztatach prawie całkowicie wyeliminował comiesięczne, piątkowe spotkania.
Od jesieni 2015 roku częściej pojawiamy się na spotkaniach Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego. Odmłodzony zarząd WTG skutecznie zadbał o interesujące tematy wykładów. A po wykładach WTG z przyjemnością spotykamy się jeszcze przy herbacie we własnym gronie, czasami zapraszając do nas również kolegów. Tego rodzaju spotkania  koleżanka Małgosia z Kaszub określiła jako „Babeczki z rodzynkami”
Od września 2017 roku, w mniejszym lub większym gronie, bierzemy udział w zajęciach „Genealogia w Ursynotece” organizowanych przez Jacka Okulusa - kierownika Muzeum Ursynoteki, a prowadzonych przez dr Andrzeja Nowika.
Jako grupa uczestniczymy w różnych spotkaniach genealogicznych w Polsce: w jubileuszach towarzystw regionalnych (Gniezno, Wrocław, Łódź, Warszawa), w konferencji w Brzegu, Pikniku Archiwalnym oraz w Nocy Muzeów w Warszawie. Od kilku lat jeździmy grupą mazowiecko-pomorską (gdyż w tych wyprawach uczestniczy też Mariusz Momont z Pomorskiego TG) na urodziny Lubelskich Korzeni, po drodze odwiedzając różne ciekawe miejsca. Organizujemy także wspólne wycieczki poza Warszawę: do archiwów i muzeów oraz śladami naszych przodków. Uczestniczymy w spacerach po warszawskich cmentarzach organizowanych przez tutejszych przewodników. Chętnie też spotykamy się z genealogicznymi znajomymi z innych regionów Polski oraz spoza jej granic, którzy odwiedzają stolicę.
Przez 5 lat istnienia Warszawskich Genealożek, do koleżanek powołujących grupę dołączyły: Łucja, Marysia, Monika, Gosia, Beata K., Asia R., Grażyna P. oraz Dorota.

Jaki charakter ma nasza grupa?
Tu zdania koleżanek są podzielone: część twierdzi, że wyłącznie towarzyski, część, do której i ja należę, że jesteśmy grupą genealogiczną. Co prawda jako grupa nie prowadzimy żadnej zorganizowanej działalności, ale każda z nas jest genealogicznie aktywna.
Blogi o tematyce genealogicznej, historycznej czy regionalnej prowadzą: Dorota, Grażyna R.,  Łucja, Marysia, Monika. Blog fotograficzny prowadzi Beata K.
Do regionalnych towarzystw genealogicznych należą: Asia, Basia, obie Grażyny, Joanna J. i Monika.
Indeksacją ksiąg metrykalnych zajmują się: Grażyna P., obie Beaty i Asia R.
Wykłady na różnego rodzaju spotkaniach genealogicznych prowadziły: Basia, Ewa, Grażyna R., Joanna, Justyna, Marysia i Monika. Justyna promowała poszukiwania genealogiczne w programach telewizyjnych, a ja występowałam w radiu. Książki, opracowania oraz artykuły publikowały Asia, Basia, Beata W., Ewa, Gosia, Grażyna R., Joanna, Justyna i Monika. Gosia jest autorką „Mapy parafii rzymskokatolickich” dostępnej w Internecie, a w latach 2014-2017 współredagowała genealogiczny, internetowy miesięcznik „More Maiorum”. Joanna J. była odpowiedzialna za prace redakcyjne przy tworzeniu jubileuszowego tomu „Querenda 5” Warszawskiego TG. Marysia od kilku lat działa jako wolontariuszka w Ośrodku KARTA i zachęca wszystkich do przekazywania tej instytucji archiwów rodzinnych (są wówczas szerzej dostępne).  Zjazdy rodzinne organizowały Asia, Basia i Joanna. 
I właśnie jako genealogiczna grupa zostałyśmy w tym roku poproszone o współorganizowanie „XV Urodzin Genpolu” w Warszawie.
Owszem, łączą nas przyjacielskie kontakty towarzyskie z nutą kulinarną, ale przede wszystkim połączyło nas zainteresowanie historią naszych przodków. I to tematy genealogiczne dominują na naszych spotkaniach. Jesteśmy też dla siebie wsparciem w trudnych, życiowych sytuacjach, które nas nie omijają.


Tegoroczne, letnie spotkanie na RODOS odbywało się w tropikalnych wręcz temperaturach. Upały trwały od wielu dni, w południe było niemożliwie gorąco. A my właśnie w  samo południe, w cieniu starych drzew owocowych, rozstawiłyśmy lekki pawilon, który ocieniał stół i stojące wokół niego fotele.  Dodatkowo dziewczyny zawiesiły na drążkach pawilonu prześcieradła, żeby słońce nie świeciło nam w oczy. 

Początek spotkania, jeszcze są wolne miejsca na stole :-)
Na dużym stole Grażynka położyła błękitny obrus, a na nim ustawiłyśmy przyniesione ciasteczka, orzeszki, wafelki,  tartę z czarną porzeczką, która była naszym tortem urodzinowym, ciasto z jabłkami – dzieło Grażynki, owoce: śliwki, morele i nektarynki, a także żółte, czerwone i czarne pomidory prosto z grządki Asi, czerwoną i żółtą paprykę, gotowany bób od Joanny oraz słój małosolnych ogórków mojej produkcji. Były też różne  napoje, nalewka i piwo domowego wyrobu od Doroty oraz butelka Prosecco, którą dostałyśmy na Genpolu od Tomka Nitscha z podziękowaniem za pomoc przy organizacji Urodzin Genpolu. Ewa przyniosła papierowe talerzyki w koty oraz sałatkę owocową z arbuzem, a Marysia dzieła swojej wegetariańskiej kuchni: jeszcze gorącą pizzę z kalafiora i świeżo upieczone krakersy z ziarenkami słonecznika. Super chrupiące były!


Pizza z kalafiora - dzieło Marysi.
W rogu zdjęcia widać fragment talerzyka z sympatycznym kotem.
Wszystko odbywało się zgodnie z zasadą: :”Siedzą i jedzą”. 
Oczywiście żartuję!
Warszawskie Genealożki na RODOS - Fot. Beata K.
Czas spotkania przede wszystkim wypełniały rozmowy. Tematów nam nie brakuje, zawsze ciekawe jest dowiedzieć się, gdzie która była, w jakim archiwum, bibliotece czy na cmentarzu, a przy okazji co się której przydarzyło. Co udało się odnaleźć: jakie dokumenty i informacje, a który z przodków nadal się ukrywa. Gdzie jeszcze warto by poszukać, w jakie miejsce zapukać. Jakie są plany na sierpień: wakacyjne czy archiwalne i co planujemy na jesień. Ciekawe, ale tym razem Beata nie przypomniała o realizacji naszych noworocznych, genealogicznych postanowień. Rozmawiałyśmy też o tym, kto się wybiera następnego dnia do Pułtuska na uroczystość wręczenia medalu PTG i jak tam dojedziemy. Omawiałyśmy również organizację wyjazdu na wrześniową Konferencję do Brzegu, bo najprzyjemniej podróżuje się razem. A poza tym podziwiałyśmy kapelusz Joanny, z niezwykle szerokim rondem. Przymierzałyśmy go wszystkie po kolei, a na koniec Beata zrobiła nam kapeluszową sesję zdjęciową.

Fot. Beata K.
Fot. Beata K.
 Było nas na RODOS dziesięć: Asia, Beata K, Dorota, Ewa, Gosia, Grażyna P, Joanna, Łucja, Marysia i ja. Wczesnym popołudniem zdecydowałyśmy, że najwyższy czas wznieść toast za wszystkie nasze spotkania przeszłe i przyszłe. Ustawiłyśmy świeczkę „Piątkę” na torcie chcąc ją zapalić, ale okazało się, że knot był mikroskopijny i odmówił współpracy. Zupełnie nam to nie przeszkodziło, toast spełniłyśmy, a tort z czarną porzeczką zniknął w błyskawicznym tempie.








Upał nie zelżał ani na chwilę, na niebie chmurek było niewiele, ale w miarę upływu czasu słońce przesuwało się i przeświecało przez gałęzie drzew owocowych już z innej strony. Nad głowami miałyśmy gałęzie śliwy, tuż obok rosła jabłonka, pod nią na trawie leżały dojrzałe jabłuszka. Wzdłuż ścieżki rosły pięknie teraz kwitnące floksy, a po ogrodzeniu pięły się z jednej strony jeżyny bezkolcowe, a z drugiej – winorośl.




Pnącza skutecznie chroniły nas przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów, ale nie zatrzymywały ich głosów (nas zapewne też było słychać). Tymczasem na kolejnej działce, słabo widoczny poprzez jeżyny, ustawiony był sporej wielkości basen. Toteż naszym rozmowom przez dłuższy czas towarzyszył plusk wody oraz chlupot godny solidnego hipopotama, a nawet dwóch. Trzeba przyznać, że trochę zazdrościłyśmy sąsiadom możliwości ochłodzenia się w wodzie. Dzięki Grażynce, która jak tylko przyszła na działkę, ustawiła i napełniła dziecięcy basenik, mogłyśmy chociaż nogi zamoczyć i stałyśmy tam sobie we trzy chłodząc się i tylko troszkę chlupocząc.




Jak to zwykle bywa, w miłym towarzystwie czas upływa szybko. Nie wiadomo kiedy minęło popołudnie i trzeba było kończyć nasze spotkanie. Tym bardziej, że słońce chowało się już za dachami pobliskich domów. Pozbierałyśmy, posprzątałyśmy, poskładałyśmy i pochowałyśmy wszystko co trzeba było. Domek i furtka zostały zamknięte, a my pewnie za rok spotkamy się tu znów letnią porą.


Letnią porą na RODOS - Fot. Asia R.

*RODOS - Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką :-)