Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bayer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bayer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2021

PARANTELE 5/2020 i "Talerzyk na opłatek"

 

PARANTELE nr 5/2020

Na 7 Ogólnopolskiej Konferencji Genealogicznej w Brzegu, w dniach 25-27 września 2020 roku odbyła się promocja najnowszego numeru PARANTELI – Rocznika Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu.

PARANTELE 5/2020 - Spis treści:





Ponieważ nie wzięłam udziału w tej konferencji, mój egzemplarz autorski przywiozła mi z Brzegu koleżanka Joanna. Spotkałyśmy się jednak dopiero w połowie grudnia i dlatego z kilkumiesięcznym opóźnieniem mogę zaanonsować mój artykuł opublikowany w tym roczniku: „Talerzyk na opłatek”

Początek mojego artykułu w tegorocznych Parantelach

Jest to uzupełniona i poprawiona wersja mojej opowieści o talerzyku na opłatek pochodzącym ze Lwowa, ze składu porcelany Kazimierza Lewickiego, a będącym w posiadaniu rodziny Bayerów od ponad 100 lat. 
Swoją opowieść opublikowałam na blogu „Bayerkowe Opowieści” na przełomie 2017 i 2018 roku. Od tego czasu była wielokrotnie udostępniana w grupach kresowych na Facebooku, dotarła również do Pana prof. Jakuba Lewickiego – potomka właściciela lwowskiego składu porcelany. Dzięki jego uwagom oraz przekazanym informacjom mogłam swoją opowieść uzupełnić oraz sprostować nieścisłości.

PARANTELE  można zamówić przez zakładkę "Kontakt" na stronie Śląskiego TG: 

wtorek, 15 grudnia 2020

Quaerenda Nr 7/2020 i mój artykuł o wystawie "Świat Kresów"

Quaerenda Nr 7 z 2020 r.

Na 7 Ogólnopolskiej Konferencji Genealogicznej, która odbyła się w Brzegu w dniach 25-27 września 2020 r., przedstawiono najnowszy numer Quaerendy - Biuletynu Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego. 


Spis treści Quaerendy 7

W ostatnich dniach otrzymałam swój egzemplarz autorski, mogę więc zareklamować opublikowany w Quaerendzie 7/2020 mój artykuł: 

„Wystawa „Świat Kresów z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego” i niespodziewany dokument dotyczący lwowskiej rodziny Bayerów”.

Opowiadam w nim o wystawie poświęconej Kresom, która była eksponowana latem i jesienią 2008 roku w Domu Spotkań z Historią, o moim archiwum rodzinnym i jego losach, o dokumencie dotyczącym rodziny Bayerów, który został pokazany na tej wystawie, a także o efektach tej wystawy: wydawnictwach oraz Warszawskiej Inicjatywie Kresowej, która działa od 2008 roku pod auspicjami Domu Spotkań z Historią.

Artykuł jest ilustrowany zdjęciami z rodzinnego archiwum, a także materiałami reklamowymi Domu Spotkań z Historią, za których udostępnienie serdecznie dziękuję Panu Tomaszowi Kubie Kozłowskiemu.


Początek mojego artykułu


Numery: 6/2019 oraz 7/2020 Biuletynu Quaerenda można zamówić przez zakładkę kontakt na stronie WTG  KONTAKT WTG

Natomiast artykuły opublikowane w 5 numerze Quaerendy z 2018 roku są dostępne na stronie Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego   QUAERENDA Nr 5

 

sobota, 13 lipca 2019

Skrzypce pradziadka

Władysław Bayer de Werba - Lwów 5 maja 1902 r.
Fot. - Archiwum rodzinne 
Władysław Bayer de Werba (23.06.1855 Lwów – 21.06.1917 Lwów) - mój pradziad.
Był skrzypkiem, dyrygentem, prowadził we Lwowie własny zespół instrumentalny, z którym koncertował nie tylko we Lwowie, ale również we Wiedniu i w Petersburgu. Od końca XIX wieku, od czasu przedwczesnej śmierci żony Marii, udzielał również lekcji gry na skrzypcach. Z przekazów rodzinnych wiadomo, że posiadał wysokiej klasy skrzypce koncertowe.
Niewiele wiem na temat działalności zawodowej mojego pradziada. W domowym archiwum nie zachowały się żadne dokumenty dotyczące jego działalności muzycznej, a jedynie jego portretowe zdjęcie ze skrzypcami, wykonane we Lwowie 5 maja 1902 roku w zakładzie fotograficznym T. Bahrynowicza.
Wielokrotnie przeszukiwałam lwowską prasę z ostatniego ćwierćwiecza XIX wieku oraz pierwszych lat wieku XX, ale nie znalazłam żadnej wzmianki czy reklamy jego dotyczącej.
Działalność koncertową pradziada Władysława prezentuje natomiast pocztówka wydana we Lwowie  w pierwszych latach XX wieku nakładem fotografa Marka Munza.
Kapela Narodowa pod dyrekcją Heleny Bayer de Werba - Lwów pocz. XX w.
Pocztówka z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego 
Widokówka ta przedstawia "Kapelę Narodową pod dyrekcją Heleny Bayer de Werba", w skład której wchodzili między innymi: pradziad  Władysław Bayer - skrzypce (siedzi w środku), a także jego dzieci: Ludwik, Maria i Helena.
Dydaktyczną działalność Władysława potwierdzają zapisy w Księgach Adresowych Lwowa z lat 1902, 1910 i 1913, w których wymieniany jest jako nauczyciel muzyki, mieszkający pod różnymi adresami. W Księdze adresowej Lwowa na rok 1916 już nie występuje. Ciężko chory, mieszkał wówczas u córki Heleny Dostalowej na ul. Słodowej.
W 1917 roku, w wieczornym wydaniu  Kuriera  Lwowskiego Nr 289 z dnia 21 czerwca, zamieszczono wzmiankę o jego zgonie:
"We Lwowie zmarł wczoraj w 62 roku życia Władysław Werba, dyrygent kapeli mieszanej, która grywała w wielu restauracjach i kawiarniach lwowskich." 

Po śmierci Władysława skrzypce odziedziczył jego jedyny syn, a mój dziadek - Ludwik Bayer (1877-1938). Dziadek Ludwik posiadał wykształcenie muzyczne, grał na skrzypcach i na klarnecie, grywał w różnych lwowskich zespołach instrumentalnych. Jego muzyczne umiejętności wykorzystała też ck. armia w latach Wielkiej Wojny. Po prawie roku służby w oddziałach etapowych w Karpatach i w Karyntii, wiosną 1915 r. został przydzielony do orkiestry pułkowej, dającej koncerty w szpitalach polowych na zapleczu frontu włoskiego.

Ludwik Bayer był również urzędnikiem skarbowym - od 1903 roku pracował w Ck. Dyrekcji Skarbu we Lwowie, a w połowie 1916 roku, po zwolnieniu ze służby frontowej, został przeniesiony do znajdującego się pod zarządem Ck. Wojskowego Gubernatorstwa w Lublinie - Urzędu Skarbowego w Zamościu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dziadek pozostał w Zamościu, nadal pracując w tutejszym Urzędzie Skarbowym, osiągając stanowisko Sekretarza Urzędu. Ponownie się tutaj ożenił, sprowadził dzieci ze Lwowa i wrósł w środowisko Zamościan. 
W 1917 roku, po śmierci swego ojca Władysława, Ludwik przywiózł cenne skrzypce do Zamościa. Mój ojciec nie przypominał sobie, aby dziadek Ludwik kiedykolwiek na nich grał. Podobno w czasie wojny nabawił się kontuzji nadgarstka, co uniemożliwiało grę.

W czasie kryzysu gospodarczego, z dniem 1 lipca 1929 roku, dziadek Ludwik został przeniesiony na emeryturę, chociaż miał dopiero 52 lata. Emerytura nie dość, że dużo niższa od wcześniejszych poborów sekretarza US, to na dodatek bardzo szybko została zmniejszona (przestano uwzględniać okres pracy przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości). W tej sytuacji dziadek Ludwik zdecydował się na sprzedaż skrzypiec.

Tata mój, chociaż był wówczas małym chłopcem, dobrze pamiętał czas, kiedy jego ojciec sprzedawał skrzypce: wizyty potencjalnych kupców, odwiedziny sąsiadów, zachwyty nad instrumentem - wszystko to musiało na nim wywrzeć silne wrażenie, skoro wydarzenie to wspominał u schyłku swojego życia, mając prawie 90 lat. Nie pamiętał jednak kto kupił skrzypce jego dziadka (bardzo możliwe, że nawet tego nie wiedział), ani nie znał dalszych ich losów.
I przez długi czas historia skrzypiec pradziadka Władysława kończyła się dla mnie na wspomnieniach mojego taty.  Ale ……..

Kilkanaście lat temu, wiosną 2008 roku, przeglądając w Bibliotece Narodowej różne publikacje dotyczące Zamościa, wertowałam również „Encyklopedię Miasta Zamościa” autorstwa p. Andrzeja Kędziory, ówczesnego dyrektora Archiwum Państwowego w Zamościu. Książka była i jest zupełnie nie do kupienia (obecnie istnieje wersja internetowa – Zamosciopedia.pl), jej nakład wyczerpał się błyskawicznie po ukazaniu się na rynku, rzadko też pojawia się na portalach aukcyjnych. Czytałam hasła swoją treścią związane z życiem i działalnością moich przodków w Zamościu: Nowa Osada, ulice: Listopadowa i Spadek (gdzie mieszkali), szkoły powszechne oraz gimnazja (gdzie uczyli się młodzi Bayerowie), Urząd Skarbowy, Ubezpieczalnia, Sąd Okręgowy (gdzie pracowali w latach międzywojennych), a także wiele innych. Sięgnęłam też do hasła „Muzyka”, bo przecież dziadek – muzyk, i trafiłam tu na bardzo ciekawą informację. Otóż autor Encyklopedii odnotował, że w 1929 roku ktoś sprzedawał w Zamościu cenne skrzypce Guarnerius.
Skontaktowałam się z p. dyrektorem Andrzejem Kędziorą i otrzymałam informację, że to było ogłoszenie o sprzedaży instrumentu, zamieszczone w jednym z numerów „Słowa Zamojskiego” z 1929 roku. Pan dyrektor nie miał kopii tego ogłoszenia, a archiwalny numer gazety przeglądał w bibliotece Muzeum Zamojskiego. Ponieważ Biblioteka Narodowa nie posiadała tego rocznika „Słowa Zamojskiego”, napisałam maila do Muzeum Zamojskiego i po kilku dniach byłam szczęśliwą posiadaczką skanów poszukiwanej gazety. 
I oto w niedzielę, 10 listopada 1929 roku w "Słowie Zamojskim" na str. 6, ukazało się następujące ogłoszenie:  "Do sprzedania. 100-letni "Guarnerius" skrzypce orkiestrowe w b. dobrym stanie. Wiadomość w administracji "Słowa Zamojskiego" 

"Słowo Zamojskie" Nr 5 z dn. 10 listopada 1929 r
Biblioteka Muzeum Zamojskiego w Zamościu
Niestety, nie zachowała się dokumentacja redakcji „Słowa Zamojskiego”, dlatego tak na 100%  nie mogę potwierdzić, że to Ludwik Bayer dał ogłoszenie do gazety. Z drugiej jednak strony, ile takich skrzypiec mogło być w posiadaniu mieszkańców Zamościa.
Zainteresowałam się natomiast rodzajem instrumentu i już po przeczytaniu pierwszego artykułu o skrzypcach Guarnerius, pojawił się kolejny problem. Gdyby to były tej klasy skrzypce, to w roku sprzedaży miałyby prawie 200 lat, a nie 100 jak podano w ogłoszeniu. Pytanie, czy to dziadek Ludwik nie miał świadomości ile lat mają skrzypce, czy też nie był to Guarnerius, pozostaje do dziś bez odpowiedzi. 
Zwróciłam się jeszcze z pytaniem do Polskiego Związku Lutników, czy na podstawie zdjęć będą w stanie określić rodzaj skrzypiec: Guarnerius, a może wysokiej klasy instrument wzorowany tylko na Guarneriusach, a pochodzący z jednego z czeskich warsztatów lutniczych. Ale odpowiedź była odmowna. Poradzili mi, żebym przyniosła instrument, to go obejrzą i wydadzą opinię.
Bardzo chętnie przyniosłabym im skrzypce. Gdybym je tylko miała!

Rok później, w  maju 2009 roku, nabyłam w księgarni Domu Spotkań z Historią w Warszawie nowe, dwutomowe wydanie dzienników dr Zygmunta  Klukowskiego (lekarza pracującego w szpitalu w Szczebrzeszynie) : "Zamojszczyzna: Tom I 1918 - 1943; Tom II 1944 - 1954"


Czytałam „Zamojszczyznę…” nastawiając się na wyszukiwanie informacji o działalności Armii Krajowej w tym regionie, gdyż do jednego z tamtejszych oddziałów AK należał najstarszy brat mojego taty – Stanisław Bayer. Toteż z ogromnym zaskoczeniem przeczytałam notatkę dr. Klukowskiego z dnia 30 maja 1943 r.:
"Słyszymy coraz częstsze opowiadania o Niemcach, o ich strachu przed napadami i niedwuznacznym zachwianiu wiary w zwycięstwo. Między innymi osławiony gestapowiec Mazuryk w Zamościu tez czuje się coraz bardziej niepewnie. Ostatnio przywiózł do Zwierzyńca jakieś wyjątkowo cenne skrzypce i prosił swego dawnego nauczyciela Splewińskiego o przechowanie ich. Mówił przy tym, że nie wierzy już, aby sam mógł wyjść cało i chciałby choć te skrzypce przekazać synowi."

Dr Zygmunt Klukowski wspomina tutaj Bolesława Mazuryka, tłumacza zamojskiego gestapo, znanego w Zamościu i okolicach. Bolesław Mazuryk (przed wojną – Mazurek) w latach 30-tych XX wieku był nauczycielem muzyki w Szkole Powszechnej Nr 2 w Zamościu-Nowej Osadzie (uczył mojego ojca) oraz w zamojskim Gimnazjum Handlowym. Prowadził też w Zamościu zespół mandolinistów, a także udzielał prywatnych lekcji muzyki.

Dziadek Ludwik Bayer przyjaźnił się z Bolesławem Mazurkiem i jak wspominał mój ojciec - "była to znajomość z kręgu muzycznych znajomych mojego ojca". Bardzo prawdopodobnym jest więc, że to właśnie Bolesław Mazuryk kupił skrzypce Guarnerius od mojego dziadka Ludwika.

Dużo wcześniej, jeszcze zanim znalazłam informację w „Dziennikach” dr Klukowskiego, tata mój kilkakrotnie opowiadał mi taką historię: 
"W czasie okupacji hitlerowskiej wujek Kazik (Kazimierz Bayer s. Ludwika - przyrodni brat mojego ojca mieszkający w Chełmie), przyjechał w odwiedziny do nas, do Zamościa. Przypadkowo na ulicy spotkał gestapowca Mazurka, dawnego znajomego naszego ojca Ludwika; Mazurek był w pełnym, hitlerowskim umundurowaniu. Kazimierz przyszedł do domu bardzo zdenerwowany, ponieważ Mazurek witał się z nim serdecznie, przez podanie ręki, i miał ochotę na dłuższą pogawędkę, zapraszał do siebie do domu. Gdyby to zauważył ktoś ze znajomych, działających w podziemiu, Kazik mógłby mieć kłopoty."

Ojciec mój jednoznacznie negatywnie oceniał Bolesława Mazuryka. Tymczasem czytając publikacje poświęcone okresowi okupacji hitlerowskiej w Zamościu, znajdowałam o nim różne opinie.  Najlepiej podsumował je, nieżyjący już niestety, regionalista zamojski - p. Krzysztof Czubara w swoim artykule „Polacy w służbie w Gestapo”, opublikowanym w Tygodniku Zamojskim 6 sierpnia 2003 roku. Fragment poświęcony Bolesławowi Mazurykowi pozwolę sobie zacytować tu w całości:
„Najbardziej kontrowersyjną postacią w zamojskim gestapo był tłumacz Bolesław Mazuryk, przed wojną nauczyciel muzyki w Gimnazjum Handlowym i Szkole Podstawowej Nr 7. Spór na temat jego roli w służbie niemieckiej trwał jeszcze długo po wojnie. Jedni uznawali go za renegata i oprawcę, a inni za wybawcę i samarytanina.
Jan Grygiel, szef wywiadu w Zamojskim Inspektoracie AK, wspomina, że Mazuryk odmówił współpracy z jednym z członków podziemia, ale jednocześnie podaje przykłady jego patriotycznej postawy. Według Grygla, Mazuryk uratował od wywiezienia do obozu aresztowanego w 1943 r. Jerzego Karlińskiego „Miraxa” i zapobiegł aresztowaniu dr Konstantego Łastowieckiego, niszcząc dostarczony do gestapo anonim. Skądinąd wiadomo, że pomógł Jadwidze Leczyckiej, sekretarce sądowej, łączniczce wywiadu akowskiego i oficerowi kontrwywiadu AK. Uwolnił ją z aresztu. Uratował też od śmierci na Rotundzie plut. Franciszka Borka z Hajownik. Aresztowano go za pomoc zbiegłemu jeńcowi sowieckiemu. Kiedy jedna z córek Borka prosiła gestapowców o darowanie ojcu życia, Mazuryk obiecał „nie płacz dziecko, twój ojciec wróci do domu”. I dotrzymał słowa. Po rocznym pobycie w więzieniu jej ojciec został zwolniony.
W 1943 roku Mazuryka przeniesiono do Chełma. Tam został aresztowany za udzielanie pomocy więźniom i osadzony na Zamku w Lublinie. "Opuścił Zamek w transporcie więźniów 20 lipca 1944 roku. Opowiadano później, że uciekł z kolumny ewakuacyjnej.” – wspomina więzień lubelskiego Zamku Konrad Abraszewski z Zamościa.
Opowieść o Mazuryku nie byłaby pełna, gdyby nie wspomnieć o jego związkach z Abwehrą i Oddziałem II Sztabu Generalnego WP. Wiele wskazuje na to, że ten nauczyciel muzyki, a później  tłumacz, był agentem polskiego wywiadu.”

Nie znam dalszych losów Bolesława Mazuryka i jego rodziny. Wiem tylko, że on sam przeżył wojnę, ponieważ w latach 60-tych XX wieku zeznawał przed Okręgową Komisją d/s Badania Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, na procesie w/s gestapo w Zamościu. Dzięki jego zeznaniom było możliwe odtworzenie składu osobowego zamojskiej placówki i postawienie przed sądem kilku z zamojskich gestapowców.  Nie wiem jednak, czy wrócił na Zamojszczyznę i czy odebrał skrzypce od prof. Splewińskiego ze Zwierzyńca.

Próbowałam jeszcze dotrzeć do rodziny prof. Splewińskiego, w nadziei, że może oni będą pamiętać historię cennych skrzypiec. W książce "Encyklopedia ludzi Zamościa" Andrzeja Kędziory (obecnie Zamosciopedia.pl) znalazłam podstawowe informacje o Stanisławie i Wacławie Splewińskich (ojciec i syn) - muzykach, skrzypkach mieszkających w Zwierzyńcu. Z ich biogramów wynikało, że po II Wojnie Światowej przenieśli się z Zamojszczyzny do Bydgoszczy. Szukając informacji o nich, dotarłam do artykułu p. Eleonory Sienkiewicz-Bloch: "Sylwetki długoletnich dyrektorów szkół muzycznych w Bydgoszczy: Helena Stefania Sempołowicz i Wacław Splewiński". Z lektury tego artykułu wynikało, że prof. Wacław Splewiński (zmarły w 1974 r) był ostatnim przedstawicielem tej gałęzi rodziny Splewińskich oraz że autorka posiada liczne materiały archiwalne dotyczące prof. Splewińskiego. Za pośrednictwem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy nawiązałam kontakt z p. Eleonorą i przedstawiłam jej historię skrzypiec mojego pradziadka. Otrzymałam przemiłą odpowiedź, z której jednak wynikało, że pomimo przeprowadzonych rozmów z osobami, które pamiętały prof. Splewińskiego, a także sprawdzenia pamiętnika profesora, w którym opisał on okres pobytu rodziny na Zamojszczyźnie, nie udało się p. Eleonorze Sienkiewicz-Bloch, znaleźć żadnej informacji, czy wzmianki o cennych skrzypcach, które profesor dostał na przechowanie.

W taki oto sposób, bez happy endu, zakończyłam poszukiwania skrzypiec mojego pradziadka.
Pomimo wszystko: pomimo braku jakiegokolwiek ich powojennego śladu, pomimo obawy, że skrzypce zaginęły lub uległy zniszczeniu w czasie działań wojennych latem 1944 roku, wciąż mam nadzieję, że gdzieś istnieją.
Mam też  nadzieję, że kiedyś odezwie się do mnie ktoś, kto będzie znał ich dalsze dzieje.

Monika Bayer-Smykowska



Bibliografia:
Księga Adresowa Lwowa na rok 1902 - Wielkopolska BC
Księgi Adresowe Lwowa na rok 1910 i 1913 - Śląska BC
Kurier Lwowski Nr 289 wyd. wieczorne z dn. 21.06.1917 r.: http://anno.onb.ac.at/
Klukowski Zygmunt, Zamojszczyzna: Tom I 1918 - 1943; Tom II 1944 – 1954, Warszawa 2007
Kędziora Andrzej, Encyklopedia Miasta Zamościa, Chełm 2000
Kędziora Andrzej, Encyklopedia Ludzi Zamościa, Zamość 2007
Kędziora Andrzej,  http://www.zamosciopedia.pl/   dostęp 8.07.2019
„Rodzina Kwiatkowskich” [W mistrzowskim cyklu Roberta Horbaczewskiego] - Kronika Tygodnia z 27.12.2016 r 
https://www.kronikatygodnia.pl/- dostęp 12.07.2019
Oleszek Tadeusz "Mój udział w konspiracji i walkach partyzanckich w Obwodzie Zamojskim" [w:] Okruchy wspomnień z AK R. 9 Nr 33
Radziejewski Krzysztof "Kontrwywiadowcza charakterystyka Zamościa w 1956 r." [w:] Archiwariusz Zamojski 2010
Sienkiewicz-Bloch Eleonora: Sylwetki długoletnich dyrektorów szkół muzycznych w Bydgoszczy, s. 73–100 [w:] Twórcy i animatorzy muzyki na Pomorzu i Kujawach. Zeszyty Naukowe Akademii Muzycznej, nr 16. Bydgoszcz, 2002
Tygodnik Zamojski z dn. 6.08.2003 r.
Zeszyty Majdanka, Tom 5, 1971 r.

niedziela, 30 grudnia 2018

Genealog Roku 2017 portalu Genpol.com


 

Koniec roku się zbliża, mogę się pochwalić otrzymanym w marcu br. wyróżnieniem. 

Na tegorocznym spotkaniu sympatyków portalu Genpol.com – XV Urodzinach Genpolu, które odbyło się w Warszawie w sobotę 3 marca, decyzją kapituły otrzymałam tytuł Genealoga Roku 2017 .
Do kapituły tego wyróżnienia należy Tomek Nitsch – założyciel i twórca portalu Genpol.com oraz osoby, które w poprzednich latach ten tytuł otrzymały, a są to:
2007 - Ewa i Adam Kamińscy
2008 - Waldemar Fronczak
2009 - Ewa Szczodruch 
2010 - Leszek Ćwikliński
2011 - Kornelia Major
2012 - Grzegorz Mendyka
2013 - Eliza Parcheniak
2014 – Maria i Józef Krzeptowscy-Jasinek
2015 - Stanisław Pieniążek
2016 - Wojciech Jędraszewski

Zaskoczenie dla mnie ogromne! Czuję się mile wyróżniona i doceniona za całokształt mojej działalności genealogicznej-edukacyjnej-popularyzatorskiej.
Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję kapitule tytułu oraz Tomkowi za to wyróżnienie!

Jedna tylko rzecz nieco zmąciła radość tamtego dnia – otóż Tomek drukując dla mnie dyplom, popełnił błąd w pisowni mojego nazwiska rodowego. Obiecał to naprawić i podesłać mi prawidłowo przygotowany dyplom, ale pomimo mojego przypominającego maila, z jego strony na wiele miesięcy zapadła cisza.
Jednak kilka dni temu, w Wigilię, Tomek Nitsch sprawił mi ogromną niespodziankę.
Pojawił się u mnie w domu osobiście z dyplomem Genealoga Roku, tym razem z prawidłowo napisanym nazwiskiem oraz z bardzo przyjemnym załącznikiem do dyplomu. W czerwonej kurtce, w czerwonej, mikołajowej czapce na głowie i z szerokim uśmiechem.
A ja w fartuszku, w trakcie przestawiania mebli w mieszkaniu, żeby zmieścić i choinkę i całkiem sporą rodzinkę.  Refleksem się nie wykazałam, bo zdjęcia z nim sobie nie zrobiłam. 

Wigilijna niespodzianka od Tomka


Poniżej kilka zdjęć autorstwa Mietka Łaptaszyńskiego, Mariusza Momonta oraz Warszawskich Genealożek z XV Urodzin Genpolu:

Wywołana na środek, zaskoczona, a akurat poszłam po wodę mineralną do picia
Fot. Mariusz Momont

Wręczenie dyplomu
Fot. jednej z Warszawskich Genealożek, której udało się wcisnąć
między fotografujących Mariusza i Mietka

Z Tomkiem Nitschem
Fot. Mariusz Momont

Kilka słów Tomka o mojej działalności genealogicznej 
Fot. Mieczysław Łaptaszyński

Zostawiona sam na sam z fotografującymi :-)
Fot. Mieczysław Łaptaszyński


Fot. Mariusz Momont

Kilka słów podziękowania dla Tomka, dla kapituły wyróżnienia
oraz dla Iwony Łaptaszyńskiej - dobrego ducha mojej działalności genealogicznej
Fot. Mieczysław Łaptaszyński 

Chwilę później, kiedy udało mi się szal ogarnąć
Fot. Mariusz Momont


Zdjęcie grupowe uczestników XV Urodzin Genpolu
Fot. Mariusz Momont

I sesja fotograficzna z Genealogiem Roku 2017:

Z koleżankami - Warszawskimi Genealożkami.
Z tyłu przytulił się Maciek z Warszawskiego TG.
Fot. Mariusz Momont


Z Pawłem z Zagłębiowskiego TG
Fot. Mariusz Momont

Z Grażyną i Anią.
Fot. Mariusz Momont

Na zakończenie - zdjęcie z Super Fotografem i z Super Iwoną
Fot. Mariusz Momont

To tyle tytułem chwalenia się!

wtorek, 13 listopada 2018

Ze Lwowa przez Karyntię do Zamościa

 




Opowieść o moim dziadku ojczystym Ludwiku Bayerze (1877 Lwów - 1938 Zamość) muzyku i urzędniku skarbowym.

Z urodzenia Lwowiak, z wykształcenia - muzyk i urzędnik, pracownik Urzędów Skarbowych we Lwowie i Zamościu. W sierpniu 1914 roku zmobilizowany do Armii Austro-Węgierskiej. Służył w oddziałach zapasowych, najpierw na froncie wschodnim w Karpatach, a następnie na froncie włoskim w Karyntii. Po wyzwoleniu Galicji spod okupacji wojsk rosyjskich i objęciu przez wojska austriackie nadzoru nad Lubelszczyzną, przeniesiony służbowo do Zamościa, do tamtejszego Urzędu Skarbowego. Tu zastały go wydarzenia roku 1918 i odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Opowieść o latach lwowskich mojego dziadka, czasach Wielkiej Wojny w jego życiu, wydarzeniach listopada 1918 roku w Zamościu oraz  latach powojennych w tym mieście, gdzie osiadł z rodziną, angażując się tu w działalność społeczną.

Opowiem również o źródłach archiwalnych, z których korzystałam oraz o sukcesach, niespodziankach i porażkach w moich poszukiwaniach genealogicznych.


Pamiątkowe zdjęcie z Warszawskimi Genealożkami
w Ursynotece, po wykładzie
W tle zdjęcie portretowe mojego dziadka wykonane w Zamościu 2.11.1918r.

Informacja o wykładzie na stronie warszawskiej URSYNOTEKI
Ze Lwowa przez Karyntię ... 

Edit:
Wykład powtórzyłam na spotkaniu Towarzystwa Genealogicznego Centralnej Polski w dniu 27 listopada 2018 r.  -  128. Opowieści rodzinne

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zamość Archiwalnie

Rynek Wielki w Zamościu
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Zamość to miasto rodzinne mojego ojca – Ryszarda Bayera. Tu się urodził, tu uczył, stąd powędrował na dalszą naukę najpierw do Lublina, a później do Warszawy. Jego ojciec, a mój dziadek ojczysty Ludwik Bayer, zamieszkał tu w latach Wielkiej Wojny. Nie chcę uprzedzać kolejnych odcinków rodzinnej sagi, dlatego nie będę się dziś rozpisywała o historii rodziny. Mam po prostu świadomość, że losy rodziny, która związana była przez dziesięciolecia z Zamościem, muszą mieć swoje odzwierciedlenie w zamojskich archiwaliach. I już dawno powinnam była przyjechać do Archiwum Państwowego w Zamościu, aby prowadzić tu poszukiwania dotyczące rodzin Bayerów i Kołtuniaków.
Moją pierwszą wizytę w zamojskim archiwum planowałam poświęcić odnalezieniu dokumentów dotyczących przede wszystkim jednej osoby – najstarszego, przyrodniego brata mojego ojca – Stanisława Bayera. Chciałam ustalić kiedy dokładnie przyjechał do Zamościa ze Lwowa (gdzie mieszkał od urodzenia), znaleźć zapisy dotyczące jego nauki w Gimnazjum Męskim w Zamościu oraz sprawdzić okres jego pracy w Urzędzie Gminy Komarów-Osada. Przed przyjazdem do Zamościa zadzwoniłam do archiwum i ustaliłam jakie zespoły archiwalne chciałabym przejrzeć.
Dzień 1 - Środa 11 kwiecień
Nie należę do osób, które lubią wcześnie wstawać, toteż pobudka o godzinie 5.15 nie nastroiła  mnie optymistycznie. Na szczęście w busie zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się dopiero, kiedy bus po ponad 2-godzinnej podróży, zatrzymał się na leśnym parkingu na 10-minutowy postój. Krótki spacer i po chwili dalsza podróż. Do Zamościa dojechałam po godzinie 11 i prosto z dworca PKS powędrowałam ze wszystkimi bagażami na ulicę Hrubieszowską do archiwum. Wypełniłam konieczne formularze i zaczęłam poszukiwania od rejestrów mieszkańców. Na początek ten z 1930 roku, do którego skorowidze  nazwisk spisane są w kilku tomach. W tomie pierwszym „A-E” odnajduję Ludwika Bayera z informacją, że powinnam zajrzeć do Tomu XIII, na stronę 131.
Tom XIII Rejestru Mieszkańców Miasta Zamościa
AP Zamość AMZ Sygnat. 72
Tom XIII zawiera zapisy dotyczące mieszkańców ulicy Listopadowej w Zamościu. Niestety, w przypadku Ludwika Bayera urzędnik wypełniający księgę, nie był skrupulatny i nie wypełnił dokładnie wszystkich rubryk. Zadowolił się wpisaniem tylko roku zamieszkania na terenie gminy oraz podaniem numeru „Księgi kontroli ruchu ludności”, w której zapewne zapisano bliższe informacje, ale księgi te nie zachowały się. Niespodzianką natomiast jest kolejna strona w Tomie XIII. Zapisano na niej lokatorów mieszkania Nr 2 tego samego domu – Kazimierza Kołtuniaka, brata babci Bayerowej, wraz z całą rodziną. Mam tu wszystkie jego dane, datę ślubu, dane żony, daty urodzeń dzieci.
Następnie sięgam do skorowidza Ksiąg Ludności Stałej z 1912 roku. Są trzy egzemplarze, zawartość każdego nieco się różni od pozostałych. Pierwszy ma tytuły rubryk i treść pisane w języku rosyjskim oraz pojedyncze uwagi wpisane po polsku. Drugi – również ma tytuły rubryk oraz treść pisane w języku rosyjskim, ale uwag zapisanych w języku polskim jest zdecydowanie więcej i odnoszą się do wydarzeń nawet z początku lat 20-tych XX wieku. Trzeci skorowidz, również datowany na rok 1912 jest całkowicie w języku polskim (tytuły rubryk oraz wpisy). We wszystkich zrobiłam zdjęcia zapisów dotyczących Kołtuniaków (rodzina babci Bayerowej) oraz Dybków (czwartej żony mojego dziadka). To na przyszłość, tego dnia nie zamawiałam KLSów sprzed Wielkiej Wojny. Zamówiłam za to Domową Książkę Meldunkową dotyczącą domu mojej babci przy ulicy Listopadowej. Jedyna, która jest dostępna w AP, obejmuje lata 1943-1950 i niewiele z niej dla mnie wynika. Bardziej przydałaby się wcześniejsza, ale cóż, nie zachowała się.
Czas nieubłaganie mijał, a pierwszego dnia  planowałam wyjść wcześniej z archiwum. Chciałam zdążyć jeszcze tego samego dnia obejrzeć wystawę „Lwów w grafice” w  Muzeum Zamojskim, która zgodnie z informacją na stronie internetowej muzeum, miała zakończyć się następnego dnia – w czwartek. Do wyjścia zostało mi pół godziny, poprosiłam więc już tylko o inwentarz do Zespołu Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam zobaczyć, jakie dokumenty dotyczące  dawnego Gimnazjum Męskiego w Zamościu zachowały się z lat 1916-1929 i przygotować rewersy na następny dzień pracy w archiwum.
Z archiwum powędrowałam przez pół Zamościa na Rynek Wielki, gdzie w zabytkowych kamieniczkach znajduje się Muzeum Zamojskie. Wystawa „Lwów w grafice XVII-XX wieku ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie” mieściła się w trzech salach na pierwszym piętrze. Cudna!!! Widoki Lwowa z różnych lat i różnych rysowników. Dużo grafik Karola Auera, dwa wykonane wg rysunków Macieja Bogusz Stęczyńskiego. Zachwyca mnie litografia Teodora Klementa wykonana wg rysunku Aleksandra Titza, a przedstawiająca Lwów zimą ok. 1852 roku. Jest oprawiony oryginał, ale też powiększona kopia zajmująca prawie całą ścianę. Myślę sobie, że świetnie wyglądałaby jako tapeta na ścianie w moim pokoiku.
"Lwów zimą" - Kopia litografii Teodora Klementa ok. 1857
wyk. wg rysunku Aleksandra Titza z ok. 1852
Oryginał ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie
Szukam widoków z połowy XIX wieku, kiedy to moi Bayerowie przybyli do Lwowa oraz takich, które przedstawiają te fragmenty miasta, z którymi byli związani. Piękna wystawa! Aż żal wychodzić! Pewnie dlatego pytam się pań w kasie czy przypadkiem wystawa nie będzie przedłużona do weekendu i okazuje się, że tak, można będzie ją oglądać jeszcze do niedzieli. Pytam o materiały związane z wystawą, może są katalogi albo reprodukcje. W efekcie otrzymuję do ręki słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie odzywa się do mnie wicedyrektor muzeum pan dr Piotr Kondraciuk. Okazało się, że katalog do wystawy został przygotowany przez stronę ukraińską i był bardzo drogi (50 zł), w związku z czym Muzeum Zamojskie nie zdecydowało się na rozprowadzanie go. Mogę za to dostać na pamiątkę ozdobne zaproszenie na wernisaż wystawy oraz plakat towarzyszący wystawie – bardzo chętnie przyjmę i dziękuję serdecznie. Umawiam się z panią w kasie, że przyjdę odebrać materiały w piątek po południu. Wstąpiłam jeszcze do Informacji Turystycznej mieszczącej się w przyziemiu Ratusza, gdzie zawsze są ciekawe materiały o regionie i w końcu pomaszerowałam w kierunku Domu Studenta, gdzie zarezerwowałam noclegi, po drodze zatrzymując się już tylko w barze „Asia”.
W hotelu studenckim z ulgą zdejmuję z ramion plecak z laptopem, zostawiam wszystkie rzeczy i po krótkim odpoczynku wędruję jeszcze na zamojski cmentarz, odwiedzić grób moich dziadków Weroniki z Kołtuniaków i Ludwika Bayerów. Pogoda jest piękna, cały czas świeci słońce, toteż spaceruję dłuższy czas po cmentarzu. Odnajduję też grób Anieli Bayer, czwartej żony mojego dziadka, gdzie pochowane jest również rodzeństwo mojego taty: Helusia i Henio zmarli w niemowlęctwie. Za to w żaden sposób nie mogę znaleźć grobu Pawła Kołtuniaka, mojego pradziada. Skręcam po kolei we wszystkie alejki po prawej stronie od głównej alei i nigdzie go nie ma. Dopiero po powrocie do hoteliku, kiedy sprawdziłam grób w wyszukiwarce cmentarza okazało się, że coś mi się pomyliło i powinnam była skręcić w alejkę po lewej stronie. Trudno, tym razem już nie zdążę ponownie tam pójść.
Dzień 2 - Czwartek 12 kwiecień 
Na warsztat wzięłam Zespół Nr 201 „Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu”. Chciałam udokumentować okres nauki Stanisława Bayera w tym Gimnazjum. W pierwszej kolejności przeglądałam Katalogi główne gimnazjum, w których znajdują się informacje o wszystkich uczniach z danego roku szkolnego. 


 Każda strona katalogu poświęcona jest jednemu uczniowi. Oprócz imienia, nazwiska, daty i miejsca urodzenia, podane są tu też: imię i zawód ojca ucznia, miejsce zamieszkania ucznia w czasie uczęszczania do gimnazjum oraz stopnie wystawione na I i II półrocze. Zdarzają się też różne, ciekawe uwagi. Zaczęłam od katalogu z roku szkolnego 1916/17, pierwszego roku istnienia tego gimnazjum. Do rocznika 1922/23 przeglądałam skrupulatnie strona po stronie, a kolejne sześć roczników już tylko konkretne klasy, gdzie spodziewałam się znaleźć informacje o drugim bracie mojego taty – Kazimierzu Bayerze. Czasem trafiło się jakieś znajome nazwisko, czasem zwróciła uwagę miejscowość urodzenia. W roku szkolnym 1920/21 wzruszają liczne adnotacje o wzięciu udziału w walkach w obronie ojczyzny. O ile w pierwszych latach funkcjonowania gimnazjum uczniowie w większości pochodzili z Zamościa i okolic, to od roku szkolnego 1920/21 pojawiają się uczniowie urodzeni w zupełnie innych regionach Polski. Ich ojcowie to urzędnicy i kolejarze, skierowani do Zamościa do pracy.
W sumie przejrzałam 13 katalogów głównych, każdy kolejny coraz obszerniejszy, ponieważ gimnazjum się rozrastało, przybywało uczniów i klas. Udało mi się ustalić dokładnie w jakich latach Stanisław Bayer uczęszczał do Gimnazjum w Zamościu. 
Uzyskałam poza tym kilka dodatkowych informacji: o adresach zamieszkania Bayerów w Zamościu oraz o stanowiskach, na których pracował mój dziadek Ludwik Bayer w zamojskim Urzędzie Skarbowym. Swoją drogą, to biedny ten mój dziadek był. Synowie nie byli pilnymi uczniami, stopnie mieli słabe, powtarzali klasy, by w końcu całkiem zniknąć z ewidencji uczniów: Stanisław po V, a Kazimierz po IV klasie gimnazjum. 
Katalog główny 1917/18 Gimnazjum Męskiego im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu
Wpis dotyczący Stanisława Bayera, ucznia klasy II
AP Zamość, Zesp. 201, Sygnat. 75
Dodatkowo zamówiłam „Protokoły Rady Pedagogicznej GM z lat 1920-1923”, ale dziś są niedostępne. Może dostanę je następnego dnia. Przejrzałam za to „Dokumenty uczniów – świadectwa szkolne 1917-1926”, ale nie było tu nic dotyczącego Bayerów.
Sprawdziłam jeszcze w Inwentarzu Książek Meldunkowych czy zachowały się te dotyczące świeżo odnalezionych, zamojskich adresów Bayerów, ale i tu nie mam szczęścia. Nie zachowały się żadne Książki meldunkowe dotyczące domów o adresach Lwowska 3 i Świętojańska 10, gdzie dziadek Ludwik mieszkał z rodziną do połowy lat 20-tych XX wieku. Tego dnia wyszłam z archiwum na pół godziny przed zamknięciem, ponieważ na popołudnie zaplanowałam wycieczkę do Komarowa-Osady, gdzie na miejscowym cmentarzu parafialnym pochowany jest Stanisław Bayer. 
Wsiadłam do busa jadącego do Tyszowiec, upewniając się czy na pewno jedzie przez Komarów i zapytałam jeszcze o kursy powrotne. Jest ich jeszcze kilka dziś, spokojnie powinnam zdążyć wszystko załatwić. W Komarowie wysiadłam na ryneczku, z którego widać już było wieże kościoła położonego powyżej na stoku wzgórza. Tak jak się umówiłam przed wyjazdem do Zamościa, dzwonię do proboszcza księdza dr. Franciszka Nieckarza, że już jestem. Dosłownie po chwili ksiądz pojawia się i prowadzi mnie na cmentarz. Trafiłam na wyjątkowo życzliwego proboszcza. Już w rozmowie telefonicznej przekazał mi kilka informacji, a teraz osobiście wskazuje mi drogę do grobu Bayerów. Chwilę rozmawiamy o Stanisławie, o parafii i kościele, po czym zostaję przy grobie sama. Nigdy nie było mi dane poznać tego najstarszego, przyrodniego brata mojego taty. Miałam zaledwie kilka lat kiedy zmarł, a rodziny nie utrzymywały później kontaktu. Po chwili zadumy nad losami rodzeństwa taty, które po II Wojnie Światowej rozjechało się po całej Polsce, wędruję po cmentarzu. Położony jest na zboczu wzgórza, wyniesionego wysoko ponad otaczający je teren. Widoki są niesamowite, tym bardziej, że liście jeszcze się nie rozwinęły i nic nie zasłania okolicy. Od południa widać pasmo wzgórz, wąwozy głęboko wcinające się w zbocza, porośnięte kwitnącą tarniną i brzozami nieśmiało jeszcze zieleniejącymi. W dolince niewielki strumyk, całe połacie zielonych ozimin, gdzieniegdzie świeżo zabronowane pola, a gdzieś w oddali traktor przemieszczający się między miedzami. Uroku krajobrazowi dodaje drewniany dom o malowanych na biało oknach oraz jasna, gruntowa droga prowadząca z dolinki przez zbocze, hen gdzieś daleko, daleko poza horyzont.
Komarów-Osada - widok z cmentarza parafialnego na południe.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Na cmentarzu moją uwagę zwraca pomnik poświęcony „Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku”, a na nim 31 nazwisk poległych żołnierzy. Wśród nich jedno znajome – szwoleżer Hykel Konrad (właśc. Konrad Mieczysław Hykiel), brat dziadka kolegi-genealoga Jurka Hykiela.
Komarów-Osada - Pomnik "Poległym w wojnie polsko-bolszewickiej pod Komarowem w 1920 roku"
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Fantastyczną opowieść o dziejach rodziny Hykielów autorstwa p. Teresy Krzyżanowskiej kuzynki Jerzego, można przeczytać na łamach „Spotkań na Wschodzie” TUTAJ
Wychodzę z cmentarza górną bramą, wdrapuję się na wysokie pobocze drogi, skąd mam rozległy widok na północ oraz północny-zachód w kierunku Zamościa. Zabudowań Zamościa nie widać, horyzont jest zbyt zamglony, ale i tak widok jest fantastyczny na rozległą równinę, usianą zabudowaniami wiosek. Dopiero tu tak naprawdę widać, jak wysoko położony jest Komarów wraz z kościołem i cmentarzem.
Komarów-Osada - widok z komarowskiego wzgórza na północ.
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Już po powrocie do hotelu przeczytałam, że osada położona jest na styku trzech krain geograficznych: Grzędy Sokalskiej, Padołu Zamojskiego i Kotliny Hrubieszowskiej. No faktycznie, wyniosłość tej Grzędy dało się odczuć.
Czasu miałam mało, a przyszło mi do głowy, żeby zrobić jeszcze zdjęcie kościoła z pewnego oddalenia. Wróciłam do centrum osady, a następnie powędrowałam boczną drogą, tak aby oddalić się trochę od miejscowości. Niestety, wzdłuż drogi cały czas ciągnęły się zabudowania. Musiałabym odejść naprawdę daleko, żeby ująć w kadr  kościół wraz ze wzgórzem, bez domostw na pierwszym planie. Zrobiłam kilka zdjęć ponad dachami budynków i szybkim krokiem wracałam na ryneczek. W samą porę, gdyż bus do Zamościa właśnie nadjeżdżał. Kiedy wysiadłam w  Zamościu, była już prawie godzina 18.00. Zastanawiałam się czy znajdę czynny jeszcze o tej porze jakiś bar, kiedy tuż przy kościele św. Krzyża na Nowej Osadzie, natknęłam się na otwarty „Kebab”. Najwyraźniej dziadkowie Bayerowie czuwali nad swoją wnuczką, co by głodna spać nie poszła. 

Dzień 3 – Piątek i to 13 dzień miesiąca
Na ten dzień zaplanowałam przeglądanie akt Gminy Komarów-Osada. Z opowieści taty wynikało, że Stanisław Bayer po II Wojnie Światowej pracował jako sekretarz Urzędu Gminy w Komarowie. Przejrzałam inwentarz do Zespołu i wybrałam te sygnatury, których zakres dat dotyczył lat 1944-1954. Najpierw jednak dostałam zamówione w czwartek „Protokoły Rady Pedagogicznej Gimnazjum Męskiego w Zamościu” z lat 1920-1923. Niestety, w protokołach nie było żadnych informacji o uczniach, poza wiadomościami statystycznymi. Być może poszukiwane przeze mnie informacje zawarte były w sprawozdaniach wychowawców poszczególnych klas, które jak wynika z protokołów, były odczytywane na posiedzeniach Rady Pedagogicznej, ale te nie zachowały się. 
W końcu przychodzi czas na akta Gminy Komarów. Jednak przed ich otrzymaniem muszę podpisać dodatkowe oświadczenie dotyczące korzystania z tych materiałów i późniejszego ich opracowywania (występują tu wrażliwe dane osobowe). Przeglądam wykazy osób posiadających gospodarstwa rolne, różnego rodzaju dokumenty dotyczące ewidencji i kontroli ruchu ludności, wykazy pracowników Gminnej Rady Narodowej w Komarowie-Osadzie, a nawet protokoły posiedzeń tej Rady. Z dokumentów tych wynika, że sekretarzem Gminy był najpierw, od września 1945 roku, Tadeusz Gałęzowski, a od 30 grudnia 1947 roku Karol Kudyba. Jest nawet lista pracowników GRN, jednak mojego Stanisława tam nie ma. Bayerów znalazłam dopiero na listach uprawnionych do głosowania w wyborach do GRN w 1954 roku i jest to jedyny dokument potwierdzający ich obecność w Komarowie. 
AP Zamość - Akta Gminy Komarów-Osada Sygnat.99
Ponieważ na listach wyborców zapisano, że mieszkali w Komarowie Dolnym, zamówiłam dodatkowo wykaz właścicieli gospodarstw rolnych tej części Komarowa. Niestety, nie było tam ani Bayerów, ani Wojasów (rodziny żony Stanisława). A czas pracy w archiwum dobiegł końca i nie mogłam zamówić już żadnych kolejnych materiałów. Trzeba będzie zaplanować kolejny przyjazd do Zamościa, żeby kontynuować poszukiwania.
Po wyjściu z archiwum, po raz kolejny przemaszerowałam przez pół miasta, w Muzeum Zamojskim odebrałam obiecane materiały i zapytałam tym razem o bibliotekę muzealną. A nuż widelec będzie czynna w sobotę. W efekcie otrzymałam słuchawkę telefonu, a po drugiej stronie przemiła bibliotekarka Pani Magdalena Proć-Czochra poprosiła o przedstawienie w mailu tego, czego szukam, ponieważ muzealna biblioteka czynna jest od środy do piątku do godziny 15.30. Niestety, godziny pracy te same, co w archiwum. 
Z muzeum powędrowałam jeszcze dalej, na Lubelskie Przedmieście, gdzie w budynku dawnych rosyjskich koszar znajduje się Książnica Zamojska. Zawędrowałam tu w nadziei na możliwość przeglądania archiwalnych numerów miejscowych gazet z 1918 roku. Dostałam do zapoznania się jedynie kopie Kroniki Powiatu Zamojskiego, gdzie na temat interesującego mnie wydarzenia znalazłam tylko niewielki artykuł. Ruskie pierogi w barze oraz wieczorny spacer po zamojskiej Starówce zakończyły ten pracowity dzień.
Dzień 4 – Sobota 14 kwiecień
Śpię o godzinę dłużej, ponieważ nie muszę biec na 8.00 rano do archiwum. Kiedy pojawiam się przy recepcji hotelu, pani administratorka gorąco przeprasza mnie za poranne hałasy, ale musieli wywieźć pojemniki z podwórza oraz ustawić kontener. Jakie hałasy? Jakie pojemniki? Nie słyszałam kompletnie nic, spałam kamiennym snem, z trudem obudził mnie budzik nastawiony w telefonie.

Na miły początek dnia idę ponownie do Muzeum Zamojskiego, na pożegnanie obejrzeć jeszcze raz wystawę „Lwów w grafice”. Później krążę po uliczkach Starego Miasta, gdzie moją uwagę zwracają najprzeróżniejsze szyldy. Jakie ładne i pomysłowe! 
Zamość - Stare Miasto
Fot. Monika Bayer-Smykowska - kwiecień 2018
Mam nadzieję na zwiedzenie też Muzeum Fotografii, które powinno być czynne od 10.00. Jednak nic z tego, drzwi są zamknięte tak jak w poprzednich dniach. Przed kolejną wizytą w Zamościu będę musiała zadzwonić na podany na reklamie muzeum nr telefonu i umówić się na zwiedzanie.
Wracam do hoteliku, zabieram wszystkie swoje bagaże i wędruję do kawiarni „Verso” na spotkanie Genealogów Zamojszczyzny. Przychodzę tak zmachana, że dobrą chwilę muszę się wysapać, zanim się przedstawię. A później opowieści, opowieści, opowieści … Grupa niewielka, zaledwie cztery osoby, ale jak zawsze towarzystwo genealogów jest sympatyczne i  jest to miło spędzony czas.
Nieubłaganie jednak przychodzi godzina odjazdu busa do Warszawy. Musiałam pożegnać się z genealogami, z Zamościem i wrócić do Warszawy, ale ze świadomością, że na pewno jeszcze niejednokrotnie przyjadę do zamojskiego archiwum.

Zaproszenie na Wernisaż wystawy "Lwów w grafice XVII-XX wieku
ze zbiorów Muzeum Historycznego we Lwowie”,
które otrzymałam na pamiątkę w Muzeum Zamojskim w Zamościu
Wykaz przodków i powinowatych występujących w tekście:
Bayer Ryszard – mój ojciec (syn z piątego małżeństwa Ludwika)
Bayer Ludwik – mój dziadek ojczysty
Bayer Weronika z domu Kołtuniak – moja babcia ojczysta (piąta żona Ludwika)
Bayer Aniela z domu Dybka – czwarta żona Ludwika
Bayer Stanisław – syn Ludwika (z drugiego małżeństwa)
Bayer Kazimierz – syn Ludwika (z trzeciego małżeństwa)
Bayer Helena (Helusia) – córka Ludwika (z piątego małżeństwa)
Bayer Henryk (Henio) – syn Ludwika (z piątego małżeństwa)
Kołtuniak Paweł – mój pradziad, ojciec Weroniki Bayerowej
Kołtuniak Kazimierz – syn Pawła, brat babci Weroniki Bayerowej